Bloog Wirtualna Polska
Są 921 284 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wizyta w Shenzhen

czwartek, 26 stycznia 2012 5:45

 

Nie było w środę prasówki, bo byliśmy z krótką wizytą w Shenzhen, wrócilismy do domu o 20.00 i jak tylko położyliśmy Jaśka spać, to padliśmy. Dobra, ja padłam, ale efekt jest, jaki jest - prasówki niet. Za to będzie opowieść o naszym wyjeździe do Shenzhen :)

 

Shenzhen (jak to się w ogóle pisze po polsku? Szenzen? Muszę zguglować... niespodzianka! Pisze się tak samo, jak po angielsku :) a mówi się - wymowa chińska - "szen dżen" i znaczy to mniej więcej tyle, co głęboki rów :) Jest to miasto położone tuż przy granicy - dojeżdża się MTRem, czyli tutejszym metro, do granicy (podróż trwa ok. 40 minut, i można wybrać dwa przejścia graniczne: Lo Wu albo Lok Ma Chau), przekracza się granicę pieszo i od razu jest się w Shenzhen.

 

Miasto jest bardzo stare - pierwsze ślady osadnictwa człowieka datują się na 5 tyś lat przed Chrustysem, a pierwsza wzmianka o miejscowości "Shenzhen" zostala zapisana w 1410 - ale z czasów współczesnych interesujący jest głównie fakt, że to właśnie tu w 1980 utoworzono pierwszą w Chinach Specjalną Strefę Ekonomiczną, co spowodowało gwałtowny rozwój miasta i okolic. Dość powiedzieć, że wcześniej Shenzhen było wioską rybacką, a teraz to prawie dwumilionowe miasto (a wliczając strefy podmiejskie ilość mieszkańców dobija do 9 milionów). Takie tam małe przygraniczne chińskie miasteczko :)

 

Mimo że niedaleka, podróż minęła nam z przygodami - przede wszystkim Jaśkowi 13 stycznia skończyła się wiza do Chin. Przy wyborze i rezerwacji hotelu - tak jakoś 22 stycznia - dałabym sobie obie ręce uciąć, że ważna jest do 13 lutego, tak więc nawet nie otworzyłam jego paszportu żeby sprawdzić. Coś mnie tknęło w dzień wyjazdu, czyli we wtorek, no i okazało się, że dupa blada! Moja wiza ważna jest do 13 kwietnia, Tomka jakoś do marca, więc luz, my wjedziemy, ale Jaśka nie przemycimy przecież w torbie! Na szczęście coś mi się plątało po glowie że można to obejść, sprawdziłam, i rzeczywiście! Do Shenzhen można wykupić wizę na granicy: obowiązuje ona tylko na jeden wjazd, tylko do Shenzhen, na maksymalnie 5 dni, kosztuje 470 juanów (cholernie drogo!) i nie wszyscy mogą ją dostać. Na nasze szczęście akurat Polacy są mile widziani w Chinach więc spakowaliśmy walizki, zapakowalismy Jaśka w wózek, dojechaliśmy do granicy i z kasą w garści udaliśmy się do punktu wizowego. Obawiałam się że nam odmówią z powodu krótkiego terminu ważności paszportu Jaśka (do 28 lutego 2012) ale na szczęście nie ywrocili na to uwagi, i po wysupłaniu kasy oraz wypelnieniu bardzo krótkiego formularza udało nam się po raz drugi wjechać do Chin w komplecie.

 

Miasto zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie - chociaż Tomek ostrzeg mnie, że jest bardzo "zeuropeizowane" więc niezbyt reprezentatywne jak dla Chin: jest czysto, na ulicach jest mało ludzi i samochodów (w porównaniu z Hong Kongiem :), niektórzy (zwlaszcza młodsi) mówią trochę po angielsku a kierowcy nie łamią nagminnie wszystkich przepisów drogowych (przez 2 dni widziałam tylko 3 osoby jadące pod prąd: jeden samochód i dwa motorowery). Co mnie rozczarowało to fakt, że niemal wszędzie są nowoczesne drapacze chmur typu stal-beton-szkło, a ja tak chciałam zobaczyć stare chińskie budynki! Tomek obiecał mnie zabrać do Kunming w prowinzji Yunan (i teraz wszyscy myśla o herbacie :), tam podobno jeszcze można zobaczyć takie "prawdziwe" chińskie budownictwo. Już się nie mogę doczekać!

 

W Shenzhen nie ma jakoś strasznie dużo do zwiedzania, ale trochę by się znalazło: jeden z najwyższych budynków świata, Shun Hing Square (w 2010 był na miejscu 10, a przez rok od wybudowania był nawet najwyższym budynkiem w Chinach), park miniatur zabytków z całego świata Window of the World, park miniatur chińskich zabytków (zapomniałam jak się nazywa), w mieście jest kilka fajnych parków, ruiny pałacu z XV w., kilka nowoczesnych dzielnic do połażenia (m.im. dzielnica ekspacka), no i mają tam Batę, więc mogłabym w końcu kupić jakieś fajne buty! Niestety, pogoda pokrzyżowała nam plany - nie tylko było zimno (ok. 10 stopni), co jeszcze dałoby się przeżyć, bo wszyscy mieliśmy ciepłe kurtki, czapki i szaliki, ale również padało, a co to za zwiedzanie w deszczu :( Tak więc ze wszystkich tych atrakcji udało się nam wjechać na taras widokowy Shun Hing Square, obejrzeć jeden park w jego pobliżu (akurat nie padało), zjeść pieczone kasztany i takie śmieszne owoce w lukrze oraz przejść się trochę po mieście. Aha, jeszcze znalazłam Batę, ale niestety, był to jeden z mniejszych sklepów, wybór butów mnie rozczarował i nic nie kupiłam. Buuuu, a tak się nastawiłam na zakup butów (tym bardziej, że moje ukochane czerwone cichobiegi Porsche zostały w Singapurze!)

 

Za to daliśmy czadu z atrakcjami "wewnątrz" - byliśmy na dobrym lunchu, na chińskim masażu całego ciała oraz na leczniczym masażu stóp. Oczywiście chodziliśmy osobno: ja na masaż, Tomek zostawał z Jaskiem, a później zmiana. Hotel był całkiem ok, ale nie będę go nikomu polecać bo jestem pewna że za taką samą cenę znalazłby się lepszy - po prostu nam bardzo pasował z trzech względów: a) był tuż przy granicy (10 min. spacerem od przejścia granicznego), b) miał łóżeczka dziecięce na wyposażeniu oraz c) miał siłownię (Tomek skorzystał). Mieli również "na wyposażeniu" saunę i spa, ale ponieważ chcieli nas tam oszukać na cenach - zobaczyli obcokrajowca więc automatycznie im się włączył tryb kantowania - to nie poszliśmy, tym bardziej że dosłownie po drugiej stronie ulicy były chyba ze 4 salony masażu/ aromaterapii/ spa do których chodziliśmy na wszystkie opisane wyżej zabiegi po cenach 50% niższych, niż w tym centrum spa. Jak ja nie cierpię oszustów, no!! Złodziei też nie cierpię - jakiś chiński kieszonkowiec usiłował w przejściu podziemnym wyciągnąć Tomkowi z kieszeni portfel, ale mu się nie udało, bo Tomek był czujny i złapał gada nieomal za rękę.

 

Ogólnie wyjazd uważam za udany, mimo deszczu i zimna i Jaśka, który z uporem maniaka otwierał hotelową lodówkę i bawił się zimnymi puszkami. Do Shenzhen jeszcze wrócimy, ale może najpierw wyrobimy nam wszystkim wizę wielokrotnego wjazdu do Chin, bo inaczej zbankrutujemy :)

 

Pozdrawiam,

Weronika

 

P.S. Nie zapomniałam o zdjęciach z CNY - wrzucę je jakoś w ten weekend.



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!

poniedziałek, 23 stycznia 2012 5:19

 

Tak, wiem, że dziś 23 stycznia, ale nie, nie zwariowałam. Otóż dziś jest pierwszy dzień nowego roku liczonego według chińskiego kalendarza księżycowo- słonecznego! Obecny rok jest rokiem Smoka, potrwa do 9 lutego 2013 roku, i według rożnych źródeł jest to 4710, 4709 albo 4649 rok liczony od czasu wstąpienia na tron Huang Di, Żółtego Cesarza, legendarnego protoplasty Chińczyków (więcej o tym superinteligentnym władcy, wynalazcy pisma, kompasu i wielu innych przydatnych rzeczy, można poczytać tutaj)

 

Ściśle biorąc, dzisiaj zaczął się Rok Wodnego Smoka - bo oprócz 12 znaków zodiaku Chińczycy mają też 5 elementów które określają te znaki zodiaku. Wszystkie znaki zodiaku chińskiego idą tak (zaczynam od obecnego, czyli smoka): smok, wąż, koń, koza, małpa, kogut, pies, świnia, szczur, wół, tygrys, królik. Jeżeli wydaje się Wam, że znacie przynajmniej 4 z 5 elementów, to się niestety mylicie, bo chińskie są inne niż te znane w Europie. 5 chińskich elementów leci tak: woda, drewno, ogień, ziemia, metal (czyli złoto, mówiąc wprost :) Każda z tych kombinacji odznacza się innymi cechami - uwaga, element ma wpływ na Wasz charakter, i np. Metalowy Tygrys różni się osobowością od Wodnego Tygrysa! Jeżeli władacie angielskim i macie ochotę poczytać co chiński horoskop mówi o Was, zapraszam tutaj :)

 

Wyliczenia początku Chińskiego Nowego Roku muszą być bardzo skomplikowane, bo liczy się je według kalendarza księżycowo-słonecznego, cokolwiek by to znaczyło... Tak czy owak dla mnie najważniejsze, co się wiąże z Chińskim Nowym Rokiem - po angielsku Chinese New Year, skrót CNY, którego będę tutaj nadużywać - to fakt, że z tej okazji ma się wolne!! Co prawda nie na wszystkie święta, bo Chińczycy tradycyjnie świętują aż 15 pierwszych dni CNY, ale w Hong Kongu są to 3 dni, a w Chinach właściwych - aż 6 (czyli od poniedziałku do soboty mają wolne, za to zaczynają pracę w niedzielę, żeby chociaż trochę nadrobić to całe "świętowanie"). Moja firma jest dodatkowo taka miła, że dorzuciła nam jeszcze czwarty dzień wolny, tak że mój tydzień pracy będzie się w tym tygodniu składał z piątku :))

 

Na czym polega to świętowanie? Jestem przekonana, że dawniej odbywało się z okazji CNY mnóstwo najróżniejszych uroczystości, nazwijmy je, religijnych, natomiast obecnie chodzi głównie o spotkanie z rodziną i wspólne zjedzenie bardzo wystawnego obiadu w wigilię CNY (obowiązkowo podaje się wieprzowinę, kaczkę, kurczaka, rybę pieczoną w całości i mnóstwo słodyczy). Co jeszcze? W wigilię CNY dom należy gruntownie wysprzątać, żeby "wyrzucić" pozostałości ubiegłorocznego "pecha" i zrobić miejsce na "szczęście i farta" w nowym roku, ponadto należy całe mieszkanie udekorować kwiatami i mandarynkami a drzwi i okna obwiesić czerwonymi wycinankami, "dzwonkami" i życzeniami "szczęścia", "długiego życia" i "bogactwa" wypisanymi złotymi literami na pionowych czerwonych taśmach. Zrobię dziś zdjęcia jak jest udekorowany nasz blok i wrzucę tutaj żebyście mogli sobie obejrzeć :)

 

Wieczorem pierwszego dnia CNY urządzane są też parady - na pewno kojarzycie takie papierowe smoki niesione przez ludzi na kijach, które "tańczą" w takt chińskiej muzyki? No to właśnie o to chodzi :) Takie pokazy są wszędzie, od centrów handlowych aż po wielkie parady organizowane w centrum miasta - chciałabym na taką pójść, ale zaczyna się dziś o 20.00, nie mamy z kim zostawić Jaska, a brać go w ten tłum nie bardzo mi się uśmiecha. Zobaczymy... A jutro, czyli w drugi dzień CNY, miasto organizuje pokaz ogni sztucznych i fajerwerków w Victoria Harbour - i znów ten sam dylemat, co dziś. Poszłabym, ale kto zostanie z Jaśkiem? A, trudno, za rok pójdziemy całą trójką...

 

W pierwszy dzień CNY, czyli dzisiaj, należy dzieciom i niezamężnym członkom rodziny podarować red pocket money (na nasze "czerwone kieszonkowe"), czyli pieniądze w czerwonej kopercie, na której są wypisane życzenia szczęścia, bogactwa i zdrowia w nowym roku. W rodzinie sumy, które się wkłada do czerwonych kopert, powinny być znaczne - nie mniej niż 100 tutejszych $, natomiast red pocket money które szef powinien dać swoim pracownikom w pierwszy dzień pracy po CNY może już zawierać symboliczny banknot: może nie najniższy, jaki sie w Hong Kongu spotyka, czyli 10$, ale 20$ już w zupełności wystarczy. Co oznacza, że muszę przygotować sobie co najmniej 10 kopertek z kasą, bo mimo, że podwładnych mam tylko sześć sztuk, to może się okazać że inni też wyciągną do mnie rękę po życzenia i red pocket (tak powiedział Tomkowi jego szef - że lepiej żeby sobie przygotował więcej kopert, bo niektórzy chodzą i się dopominają! i mnie też koleżanka w pracy poradziła przygotować sobie więcej kopertek :) Skąd brać kopertki, które koniecznie muszą być czerwone i mieć wypisane życzenia po chińsku? Ogólnie rzecz biorąc to nie wiem, ja dostałam chyba ze 30 przy okazji przedświątecznych - czytaj: zrobionych w weekend 14/15 stycznia - zakupów. Kopertki dostałam w księgarni przy zakupie książek, w sklepie kosmetycznym przy zakupie tuszu i kremów, w kawiarni do kawy i ciastka, oraz przy płaceniu za przedszkole Jaśka za luty. No i Tomek dostał kilka kopertek w pracy, tak na wszelki wypadek. Wariactwo, prawda?

 

Jasiek w przedszkolu robił dekoracyjne "dzwonki" na CNY, w piątek przed CNY musiał przyjść ubrany w strój chiński, a w czerwonej kopertce dostał ksero 1000$ :) Z Jaśkiem w ogóle jest śmieszna historia - odkąd się urodził, mówimy na niego Tygrys, bo tak nam jakoś pasowało, i niedawno dowiedziałam się, że Jasiek urodził się w Roku Tygrysa! To podobno jest całkiem niezła wróżba, chociaż najlepiej urodzić się w Roku Smoka - to przekonanie jest na tyle silne, że w prywatnych szpitalach na oddziałach położniczych nie ma już miejsc na cały Rok Smoka, więc jeśli ktoś się nie zakrzątnął wcześniej, to teraz pozostają mu już tylko szpitale publiczne, a i tam może być krucho z miejscami. I wszyscy robią zakupy "na zapas": pieluch, obiadków, mleka dla najmłodszych, bo w sklepach mogą być puste półki- tym bardziej, że do Hong Kongu przyjeżdża też mnóstwo Chińczyków z kontynentu, a tam też w tym roku będzie baby boom!

 

Te kilka dni wolnego aż się prosi żeby gdzieś pojechać, ale z wielkim naciskiem odradzono nam Chiny - ponieważ wszyscy "wracają do domu" na CNY wszystkie połączenia lotnicze, ale też autobusowe i kolejowe, są wykupione do ostatniego miejsca; podobnie jest z hotelami. Nie zraża nas to zbytnio :) i chcemy pojechać jutro do Shenzen - to jest tuż za granicą, można dojechać MTRem, czyli tutejszym metro - zobaczymy co i jak i najwyżej szybko zwiniemy się do domu.

 

Z okazji CNY podjęłam również postanowienie dotyczące bloga: otóż uroczyście obiecuję pisać 3 razy w tygodniu: w środy będę kontynuowała przegląd prasy, w weekend będę pisała o czymś dotyczącym Chin/ Chińczyków/ chińskiego/ Hong Kongu, plus ten trzeci raz będę pisała co u nas słychać. Oczywiście w przypadku wyjazdów/ wakacji/ klęsk żywiołowych typu brak niani czy grypa, plan przestaje obowiązywać! :)

 

Pozdrawiamy, składając tradycyjne chińskie życzenia noworoczne:

Kung Hei Fat Choy! 新年快樂,身體健康!

Weronika i Tomek (urodzeni w Roku Metalowego Koguta) i Tygrys (urodzony w Roku Metalowego Tygrysa)



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Niezły numer niani

sobota, 07 stycznia 2012 13:52

 

Słuchajcie, jestem taka zła, że mi para idzie uszami - numer, jaki wykręciła nam nasza niania po prostu zwala z nóg! Ona, wyobraźcie sobie, po prostu nie wróciła do Hong Kongu po Świętach, zostawiając nas radośnie bez opieki dla Jaśka. A żeby ją pokręciło!

 

Żeby opowiedzieć historię od początku, to było tak: na wyjazd do Singapuru zdecydowaliśmy się dosyć późno - to znaczy rozmawialiśmy o tym od początku grudnia, ale w pracy dużo do zrobienia, Wigilia do przygotowania, jeszcze wykańczaliśmy mieszkanie (zawieszanie lamp, ustawianie nowych mebli w jadalni i takie tam), wieczorami padnięci... no i tak wyszło, że ostatecznie kupiliśmy bilety lotnicze i zarezerwowaliśmy hotele bodajże 19 grudnia? tak jakoś na tydzień przed wyjazdem.

 

Nie chcieliśmy być wredni i trzymać Niani w Hong Kongu - po co nam ona tutaj, skoro my jesteśmy gdzie indziej, a ochrona i tak pilnuje naszego mieszkania?, a poza tym, pomyślałam sobie że przecież już kawał czasu nie widziała swojej córki, no i że to musi być straszne, tak pracować i pracować i widzieć swoje dziecko raz do roku na dwa tygodnie. Tak więc, od słowa do słowa, powiedzieliśmy jej, że wyjeżdżamy, i że w sumie to nam wszystko jedno, gdzie ona spędzi Święta, kwiatków nam nie musi podlewać ani nic, i tak naprawdę może jechać do siebie, na Filipiny, byle tylko wróciła na 3 stycznia, kiedy wszyscy zaczynamy pracę.

 

Oczywiście Niania ucieszyła się nieziemsko, oczywiście, że pojedzie, zrobi rodzinie niespodziankę, wróci na 3 stycznia, uzgodniliśmy kwestię płatności za dni urlopu, tak, przyjdzie je kiedyś odpracować, tak, przyjdzie posprzątać 25 grudnia, jesteśmy super i wspaniali. Następnego dnia przyszła do mnie - Tomka się najwyraźniej krępuje, albo boi, albo cokolwiek - że miałaby taką prośbę żebym jej kupiła bilet i potrąciła z pensji styczniowej. Teoretycznie nie powinnam, grudniową pensję wypłaciłam jej przed Świętami (też moje dobre serce, powinna dostać później), a co mnie obchodzi jej kiepskie zarządzanie własnymi finansami? No ale, jako się rzekło, serce mam miętkie, więc kupiłam. Od razu chciałam kupić jej też bilet powrotny, ale podziękowała i powiedziała, że sobie sama kupi na Filipinach - sądzę, że wydawało jej się że sobie znajdzie tańszy bilet. No i git.

 

Pojechaliśmy każde w swoją stronę, my się relaksujemy w Singapurze, aż tu nagle, bodajże w poświąteczny wtorek dostaję wiadomość na fejsbuku od Niani, że bardzo mnie prosi żebym jednak kupiła jej bilet powrotny a jego cenę odjęła z pensji styczniowej. Przyznam, że z lekka mnie wcięło - do kroćset, czy ja jestem biurem podróży? Naradziliśmy się z Tomkiem i postanowiliśmy sprawę zignorować. Niestety, po wiadomości na fb zaczęłam dostawać smsy o tej samej treści, i to już mnie zdenerwowało. W końcu postanowiliśmy z Tomkiem kupić jej ten bilet i poważnie porozmawiać po jej powrocie, niestety okazało się, że - mając do dyspozycji tylko komórki, nie braliśmy laptopa - nie jesteśmy w stanie jej kupić żadnego biletu przed powrotem do domu, czyli 1 stycznia wieczorem. Niania cała zadowolona przystała na taką kombinację, natomiast mnie włączyły się dzwonki alarmowe. Tak coś czułam, że to się dobrze nie skończy.

 

Bilet - jeszcze droższy, niż w grudniu - kupiłam jej w niedzielę 1 stycznia wieczorem po powrocie do domu, zgodnie z instrukcjami na taki samolot, który wylatywał z Manili ok. 17.00. Niestety, trzeba było się przesiadać na Cebu, trochę czekać, do Hong Kongu dolatywało się na 1 w nocy. Trudno, kupiłam najtańszy, jak trzeba się przesiadać to trzeba. Wysłałam jej smsa z potwierdzeniem plus maila z planem podróży.... i dostałam smsa zwrotnego, że mam jej przebukować lot! To znaczy, ona wysłała go od razu, a ja przeczytałam dopiero w poniedziałek rano, kiedy sprawdziłam komórkę (poniedziałek był dniem wolnym od pracy). Na jakiekolwiek zmiany było już za późno, zresztą i tak bym nic nie zmieniała - w końcu nie jestem biurem podróży, do stu beczek zjełczałego tranu!

 

We wtorek wstaliśmy jak zwykle o 6.00 rano  i zobaczyłam na telefonie 1 długi sms i 1 połączenie nieodebrane z poprzedniego wieczoru, z 23.15. Otóż dzwoniła mama Niani żeby mi powiedzieć, że na Cebu odmówili Niani wstępu na pokład samolotu lecącego do Hong Kongu albowiem służby graniczne mają jakieś "ale" do jej dokumentów, w związku z czym sorry, ale zostaje na Filipinach! Dodam, że ona o tym "ale" dobrze wiedziała, nawet mi mówiła że musi iść gdzieś załatwić jakieś zaświadczenie żeby ją wypuścili z Filipin, no i okazało się, że nie poszła i nie załatwiła tego zaświadczenia! Tak poleciała bo "a nuż jej się uda"! Myślałam, że krew mnie zaleje, jak się o tym dowiedziałam, wrrrr.....

 

Ponieważ nie mogliśmy zostawić Tygrysa samego w domu, Tomek przełożył swoją podróż służbową do Guangzhou i został z nim przed południem - po lunchu ja wróciłam z wywieszonym ozorem z pracy, żeby Tomek się zdążył spakować (oprócz delegacji do Guangzhou w środę rano miał jeszcze wyjazd służbowy do Malawi - wylot z Hong Kongu w środę wieczorem!). Oczywiście nazywało się to, że oboje pracujemy z domu, ale dobre sobie! spróbuj pracować, jak radosny roczniak Cię ciągnie za rękę, żebyś się z nim akurat teraz pobawił, a jak go zostawiasz samego w pokoju to wyje jak syrena przeciwmgielna!

 

W środę została z Jaśkiem siostra Niani - dobrze, że przez pierwszą połowę dnia również "pracowałam z domu", bo okazało się, że Jasiek wcale się do niej nie garnie, jest wyraźnie nieufny, chowa się za moją nogę i ogólnie odmawia współpracy. Po godzinie mu przeszło, ale aż boję się pomyśleć, co by było gdybym go zostawiła z nią samego od rana i po prostu poszła do biura! Siostra była na dyżurze również w czwartek i piątek, dzięki czemu tak zupełnie nie zawaliłam tygodnia w pracy....

 

Jest sobota wieczorem, Niania jeszcze nie wróciła - podobno ma przylecieć jutro i w poniedziałek zameldować się do pracy. Jeżeli tego nie zrobi, to ja ją po prostu uduszę, i wtedy nie będziemy wtedy mieli z Tomkiem dylematu, czy ją zwolnić dyscyplinarnie czy dać jeszcze jedną szansę, tylko Tomek się będzie zastanawiał, co mi zapakować w paczkę do mamra (chyba, że mnie uniewinnią i podciągną sprawę pod zbrodnię w afekcie, ale wątpię).

 

Jak myślicie, wywalić od razu na zbity pysk (mamy takie prawo) czy dać jej jeszcze jedną szansę?

 

Pozdrawiam w refleksyjnym nastroju,

Weronika

 

P.S. Dużo innych rzeczy się przez ten tydzień wydarzyło, ale to już w następnej notce, bo zaraz padnę z głodu. Na kolację szef kuchni -znaczy się, ja - serwuje jajecznicę z szynką i pomidorami oraz pełnoziarnistym chlebem własnego wyrobu plus duży kieliszek czerwonego wina. Wiem, że nie powinnam pić do lustra, ale wiem też, że jak sobie nie zaserwuję jakichś procentów to szlag mnie jaśnisty trafi!



Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

Najlepszego w Nowym Roku!

poniedziałek, 02 stycznia 2012 12:38

 

Kochani, spóźnione, lecz najszczersze życzenia noworoczne: czasu i energii na spełnienie wszystkich marzeń, samych sukcesów na polu zawodowym i prywatnym w 2012, pomyślności i samych pogodnych dni!

 

A teraz przyznam się, dlaczego opuściłam środową prasówkę oraz nie złożyłam Wam życzeń o czasie - otóż pojechaliśmy sobie na tydzień do Singapuru, i wróciliśmy wczoraj wieczorem. Tak, zgadza się, spędziłam dwa tygodnie przygotowując perfekcyjną jak na tutejsze warunki Wigilię, po czym w pierwszy dzień Świąt spakowaliśmy manatki i pojechaliśmy sobie w nieznane :)

 

Było fantastycznie, przede wszystkim pod względem pogody, bo Singapur leży prawie na równiku (dokładnie 137km na północ od równika - sprawdziłam!). Grudzień, wszędzie dookoła świąteczne dekoracje, a my w krótkim rękawku jemy śniadanie na zewnątrz - bo jest +30 stopni - smarujemy się kremem z filtrem 50, chodzimy w kapeluszach i unikamy kąpieli w basenie w południe, bo słońce świeci za mocno :)

 

Na początku rozważaliśmy czyby nie pojechać najpierw na kilka dni do Singapuru, a potem na indonezyjską wyspę Bintan - godzinę drogi promem od Singapuru - ale w końcu zdecydowaliśmy że to za dużo zachodu i zostaliśmy w Singapurze, tylko po 4 nocach w centrum zmieniliśmy hotel i spędziliśmy pozostałe 3 noce w resorcie położonym w parku narodowym, w ciszy, spokoju i wśród zieleni. I to był strzał w dziesiątkę! Oba nasze hotele - Gallery Hotel w centrum oraz Orchid Country Club (OCC) "na wsi" - były super, a ponadto były przystosowane dla małych dzieci: w obu Tygrys dostał swoje własne łóżeczko z uroczą pościelą w misie, krzesełko przy stoliku w restauracji i nikt się nie krzywił, że rozrzuca owoce przy śniadaniu. Ponadto OCC miał plac zabaw dla dzieci, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz, i płytki basen z atrakcjami w którym Tygrys uwielbiał szaleć. Gdyby Tygrys był trochę starszy, moglibyśmy go zapisać do szkółki golfowej - a tak skorzystał Tomek, który po dwóch lekcjach ledwo mógł się ruszać :)

 

Przez te 4 dni sporo zwiedzaliśmy - oczywiście nie tak dużo, jak za czasów beztygrysowych, ale i tak udało się nam pospacerować po dzielnicach Little India (mimo wizyty w bardzo egzotycznej świątyni Kali upewniłam się że podróż do Indii nie jest moim marzeniem), Chinatown (fantastyczna świątynia buddyjska oraz genialny rynek typu "mydło i powidło", gdzie kupiliśmy sukienkę dla mnie i koszulkę dla Tygrysa), kolonialnej (byłaby fajniejsza, gdyby wszystko nie było remontowane i opatrzone płachtami z napisem "visit us back in 2015"), ścisłym centrum (Singapore Flyer - bardzo fajna duża "karuzela" widokowa, fontanna z Merlion, wizyta na tarasie widokowym w najwyższym hotelu w mieście) jak również wizyta na wyspie Sentosa (fort z czasów II wojny światowej, oceanarium w którym Tygrys ochlapał się od stóp do głów strasząc śmiertelnie płaszczki, spacer wzdłuż morza i chwila lotu dla Tomka w iFly Singapore - kurczę, nie wiem jak to nazwać, taka komora aerodynamiczna, gdzie wieje Ci od spodu i "latasz" nad wiatrakiem).

 

Nie udało się nam tylko wejść do Muzeum Cywilizacji Azji oraz do Universal Studios Singapore - to znaczy, do Universal Studios na Sentosa nawet dalibyśmy radę wejść, ale tam jest zwiedzania i oglądania na cały dzień, nie opłacało się wchodzić na dwie czy trzy godziny. Obiecaliśmy sobie, że obie te atrakcje zaliczymy następnym razem, bo do Singapuru mamy relatywnie blisko (ledwo 4 godziny lotu) i jest to miasto bardzo przyjazne dzieciom. No i pogodę w grudniu mają genialną :)

 

Korzystając z wielokulturowości Singapuru - i faktu, że leży nad morzem - poszaleliśmy z jedzeniem: singapurski smażony ryż z owocami morza w "hawker center" (jest to mnóstwo barów z lokalnym jedzeniem zebranych razem pod jednym dachem, z bardzo dobrym - i tanim - jedzeniem, gdzie głównie jedzą miejscowi - ależ tubylcy na nas dziwnie patrzyli! :), curry z głowy ryby plus dodatki, indyjskie naleśniki i mango lassie w dzielnicy Little India, mnóstwo małży, krabów i ryb (i spory wybór belgijskich piw!) w belgijskiej knajpie w Richardson Quay - jakie to było pyszne! poszliśmy tam dwa dni pod rząd i zostawiliśmy w ich kasie niezły grosz, rybę z frytkami i piwem na Sentosa (tradycyjny punkt programu zawsze, kiedy jesteśmy nad morzem, i czasami również, kiedy jesteśmy w górach :), chiński obiad sylwestrowy z takimi delicjami jak zupa z płetwy rekina oraz kanapki z Subwaya kiedy się nam spieszyło i pizza dostarczana do hotelu kiedy nie mieliśmy siły wychodzić wieczorem. A, no i żarcie hotelowe - takie sobie średnie na jeża, ale żarcie w hotelach rzadko kiedy jest nadzwyczajne, więc nie spodziewaliśmy się po nim zbyt wiele. No i kawa, dużo kawy - bo bez dwóch filiżanek dziennie to ja jestem nie do życia, a Tomek czasami potrzebuje jeszcze więcej żeby normalnie funkcjonować :)

 

Tygrys, jak to Tygrys, był bardzo zadowolony, wyrywał się, żeby jak najwięcej chodzić, spał w wózku kiedy się zmęczył (zwłaszcza po wizycie w basenie, hehehe), jadł, kiedy miał jeść i kiedy nie miał - po prostu wyrywał się do jedzenia z naszych talerzy, i zawsze się z nim czymś dzieliliśmy, szalał po pokojach i korytarzach hotelowych (tyle nowych zakamarków! mebli! zabawek!) i spał w każdym hotelowym łóżku, do którego go wkładaliśmy, byle tylko miał swojego piesia. Oczywiście czarował wszystkich dookoła, wywoływał okrzyki "he's so cute!" i okręcał sobie ludzi dookoła małego palca - ale to normalne jeśli się jest uroczym rocznym blondynkiem w Azji, więc się nie będę na ten temat rozpisywać :)

 

Na koniec dodam jeszcze, że mieliśmy małą przygodę w drodze do Singapuru - albowiem żeby dostać ich wizę należy mieć paszport ważny minimum 6 miesięcy, a ważność paszportu Tygrysa kończy się pod koniec lutego... ale miłe i kompetentne panie z obsługi naziemnej Singapore Airlines w Hong Kongu przekonały singapurską służbę celną że Tygrys nie zamierza tam zostać i wraca razem z nami, i wszystko skończyło się bezproblemowo. W ogóle polecamy Singapore Airlines, są bardzo kompetentni, mili, przyjaźni dzieciom i serwują świetne jedzenie podczas lotu! Jedyny minus to cena biletów, ale cały Singapur jest drogi, więc nie ma się co dziwić....

 

Pozdrawiamy noworocznie,

Weronika, Tomek i Jasiek



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jak zorganizować Wigilię w Hong Kongu

sobota, 24 grudnia 2011 3:42

 

W Danii w zeszłym roku było banalnie - był polski sklep (nawet dwa!) - gdzie można było zakupić wszystko, co potrzebne na polską Wigilię: śledzie, opłatek, karpia, były mrożone uszka i grzyby dla leniuchów, ale również kiszona kapusta w słoikach i suszone grzyby dla pracusiów, mak można było kupić suchy, albo jako masę makową w puszce, albo można było nawet zamówić makowca albo sernik (co w zeszłym roku zrobilismy). Ozdób choinkowych było mnóstwo w każdym duńskim sklepie, a choinkę można było kupić nieomal na każdym rogu.

 

Tymczasem tutaj przygotowanie tradycyjnej Wigilii wymagało od nas porządnego planowania, przeprowadzenia wywiadu godnego agenta 007 oraz rozpoczęcia starań co najmniej na miesiąc wcześniej.

 

Choinkę - żywy świerczek - kupiliśmy w Ikei (mieli trzy rozmiary: 90cm, 150cm i 200cm). Nasza jest bardzo ładna, chociaż w tym roku nabyliśmy tą malutką i żeby Jasiek nie miał zbyt dużej frajdy ze zrzucaniem bombek postawiliśmy ją na szafie. Ozdoby choinkowe kupiłam w ostatniej chwili w tutejszym supermarkecie Taste - mają taki kącik dla obcokrajowców, bo to jest supermarket z górnej półki, że tak powiem. W ostatniej chwili kupowałam dlatego, że byłam przekonana że całe pudlo ozdób choinkowych przywieźliśmy z Danii, i dopiero Tomek mnie uświadomił, że nic podobnego, zostawiliśmy je i teraz nie mamy nic, ani jednej bombki, ani jednego łańcucha, o lampkach już nie wspominając. Lampki Tomek kupił w jakimś malutkim sklepiku elektrycznym, bo w Ikei były już wyprzedane, a w Taste ich wcale nie było (mówiąc językiem mojej firmy, w Ikei były braki - OOS, a Taste nie prowadził tego towaru - not handling, hehe :) Na choince wiszą też ciasteczka korzenne mojej roboty, do których zużyłam ostatnią przyprawę do piernika, którą przywiozłam jeszcze z Polski - ostatnią! Wycinałam je foremkami z Ikei, a lukrowałam masami które wyszarpałam sobie w Taste (serio, na ostatnią białą polewę rzuciłyśmy się we dwie sztuki, ja i inna babka, tylko ja byłam szybsza, hehe :)

 

Opłatek Tomek dostał wczoraj od polskiego księdza w tutejszej parafii Notre Dame Parish - polscy księża się wszędzie, hurra! Zdobycie składników na tradycyjne potrawy w Hong Kongu w ogóle jest bardzo utrudnione, bo to jednak zupełnie inna kultura. Mak dostałam po znajomości od koleżanki, która stwierdziła że jej akurat teraz niepotrzebny, a później sobie przywiezie z Polski, także gdyby nie Ania, nie mielibyśmy makowca ani klusek z makiem - bardzo dziękujemy! Nie mielibyśmy na 100%, bo jak zobaczyłam, że 50g buteleczka maku traktowanego tutaj jako "przyprawa" kosztuje ... hmmm.... 11 złotych, to uciekłam z krzykiem ze sklepu. Ta sama Ania, która prowadzi w Hong Kongu bardzo fajną restaurację skandynawską, FINDS, sprzedała nam też kilo śledzi które sprowadza dla knajpy skądś ze Skandynawii - jestem pewna, że są to najdroższe śledzie w naszym życiu, bo za kilogram zapłaciliśmy.... w przeliczeniu na nasze.... 66 złotych. Uszka do barszczu robiłam z resztek grzybow suszonych, które przewidująco zabrałam z Polski, wyżebrując od mojej Mamy resztki jej zapasów. Gdyby nie to, nie mielibyśmy ani uszek, ani grzybowej! Kapustę kiszoną znalazłam w Taste - zapakowaną elegancko w puszki i słoiki z napisem "sauerkraut". Dobra, darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, pierogi i bigos robilam na niemieckim sauerkraucie i muszę powiedzieć, że oba wyszły wcale nieźle (tylko, nie wiem czemu, są słodsze niżbym robiła z normalnej polskiej kiszonej kapusty). Suszone jabłka i gruszki na kompot/ zupę owocową oraz fasolę typu Jaś do barszczu dostałam dopiero w ekologicznym i cholernie drogim sklepie Three Sixty (a trzeba było brać suszone jabłka jak Mama dawała! to miejsca już w torbie nie miałam, głupia!), i tak naprawdę jedyne, z czym nie miałam większego problemu, to buraki i czosnek, z których zakisiłam barszcz - co prawda to też są najdroższe buraki w moim życiu, bo ekologiczne i sprowadzane z USA, ale bardzo często są w Taste, więc po prostu na początku grudnia zaczęłam zwracać uwagę, czy są, i kupiłam jak tylko się pojawiły. A, bez żadnego problemu kupiłam również suszone morele i śliwki, bo tego skolko ugodno w Taste.

 

W ramach rozsądnego podejścia do tematu, bo to przecież Wigilia tylko na 2 osoby plus Jasiek, który skubnie trochę tego i owego, zrezygnowaliśmy z karpia oraz grochówki oraz kapusty z grzybami i chałki - i nasza tradycyjna polska Wigilia będzie się dziś składała z następującego menu:

1. opłatek

2. zupa owocowa

3. zupa grzybowa

4. kiszony barszcz z fasolą

5. kiszony barszcz z uszkami

6. pierogi z kapustą i grzybami

7. śledzie

8. ryba smażona - ale nie karp!! bo oboje nie bardzo lubimy :)

9. kluski z makiem

10. makowiec

Zgadza się, nie ma 12 potraw, ale ja i tak jestem pełna podziwu, że udało nam się to wszystko przygotować.... szczerze mówiąc głównie dlatego, że zaczęłam gotować z dużym wyprzedzeniem :) Zaczęłam dwa tygodnie temu od ciasteczek korzennych na choinkę i duńskich pebernødder oraz zakisiłam barszcz; tydzień temu zrobiłam wywar na grzybową, uszka opraz pierogi i zamroziłam całe towarzystwo; wczoraj - bo wzięłam sobie wolne - zrobiłam makowiec i ukręciłam mak na kluski, ale dalej będzie się tym zajmował Tomek, bo to przepis od jego rodziny. Tomek wrzucił też śledzie w zaprawę i zdobył opłatek.

 

A dziś już tylko będziemy z pełnym relaksem odmrażać i podgrzewać i smażyć i konsumować i ogólnie spędzimy bardzo miły i sympatyczny i leniwy wieczór wigilijny słuchając kolęd i rozdając sobie liczne prezenty, a później, jak już Jasiek pójdzie spać, wypijemy duński gløgg (niech żyje Ikea!) i obejrzymy Kevina samego w domu - bo bez tego filmu nie ma Wigilii! :)

 

Korzystając z okazji życzymy wszystkim zdrowych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia, rodzinnej atmosfery przy wigilijnym stole, pachnącej choinki oraz oczywiście worka prezentów!

Weronika, Tomek i Jasiek



Podziel się:

komentarze (3) | dodaj komentarz

China Daily, 21.12.2011

czwartek, 22 grudnia 2011 11:42

 

Wiem, wiem, 21 grudnia był wczoraj, ale tak się akurat składa, że to moje urodziny, i przy okazji świętowania jakoś nie miałam czasu na notkę. Dzisiaj, mówiąc szczerze, też nie mam, więc wrzucę tylko tutuły z wczoraj - a już jutro wpis o tym, jak zorganizować prawdziwie polską Wigilię na drugim końcu świata, czyli przygotowania do Świąt w Hong Kongu :)

 

China Daily Hong Kong, tytuły z pierwszej strony:

 

1. DPRK frienship stressed, autorzy Zhao Shengang i Wu Jiao, plus wiekie zdjęcie prezydenta Chin  Hu AJintao jak składa kondolencje konsulowi Korei Północnej w Pekinie - Chiny potwierdzają swoją nieustającą przyjaźń do narodu północnokoreańskiego, wyrażają głęboki żal po śmierci Kim Dzong Ila oraz deklarują pelne wsparcie dla Kim Dzong Una. Jak czytałam ten artykuł to aż mi zęby zgrzytaly, tak bardzo przypomina to nie tak znowu dawne przemówienia polskich pierwszych sekretarzy parti...

 

2. "Tough love" policies cool passion for property, autor Wang Ying - spadek cen mieszkań, wywołanych ostrą polityką monetarną Chin, zmusza deweloperów i agentów nieruchomości do ekstremalnych działań, na przykład zamieszczania ogloszeń "kup willę, samolot dostaniesz w prezencie". Willa kosztuje 65 milionów juanów (ponad 10 milionów USD) a samolot to replika myśliwca z czasów II Wojny Światowej, ale o tym w ogloszeniu już nie jest wspomniane....

 

3. Li calls for green drive to improve economy, autor Li Jing - wicepremier Li Kequiang wzywa do większych wysiłków w celu zapewnienia szeroko pojętemu społeczeństwu nie tylko wzrostu gospodarczego, ale również "niebieskiego nieba, czystej wody i niezatrutej gleby". Wg tym celu zamierzają zwiększyć ochornę ujęć wody pitnej, zrewidować standardy czystości powietrza, polepszyć zarządzanie odpadami trującymi, i tak dalej, oraz podają co konkretnie zamierzają zrobić (np. do 2015 wybudować 1184 oczyszczalnie ścieków o łącznej "mocy przerobowej" 45.7 milonów ton ścieków).

 

W dodatku biznesowym mamy natomiast:

 

1. Oil spill response base network set to open, autor Zhou Yan - do końca tego roku Chiny zamierzają uruchomić 12 baz zajmujących się alarmowaniem  i reagowaniem na wycieki ropy naftowej z tankowców, których do Chin przyplywa coraz więcej, oraz z platform wiertniczych u chińskich wybrzeży. Docelowo planowanych jest 29 baz zarówno na wybrzeżu, jak i wzdłuż rzek Jangcy i Żółtej. Władze mówiły o tych bazach od 2003 roku, ale dostały przyspieszenia dopiero po lipcowym wybuchu gazociągu w porcie Xingang. który zanieczyścił 183 km 2 morza.

 

2. Oil company on way to halting leak, autorzy Zhou Yan i Qiu Quanlin - China National Offshore Oil Corp Ltd (CNOOC) oznajmiła, że jest na najlepszej drodze do zatamowania wycieku gazu z podwodnego rurociągu na Morzu Południowochińskim. Nie podano, ile gazu wyciekło ani kiedy zostanie podjęta normalna praca obu platform wydobywczych, zamkniętych w związku z tym wypadkiem [ja dodatkowo nie wiem, gdzie i kiedy to się stało, bo autorzy operuja jedynie nazywami pól gazonośmych]. Możliwe jest, że w związku z awarią zabraknie trochę gazu w prowincji Guangdong. Na marginesie podano, że ta sama firma - CNOOC, zajmująca się również wydobybciem ropy - jest odpoweidzialna za wyciek w lipcu, o którym mowa powyżej, drugi, już mniejszy wyciek ropy w październiku.

 

3. Pension fund urged to invest in equities, autorzy Gao Changxin i Diao Ying - we wtorek Dai Xianglong, dyrektor największego w Chinach funduszu emerytalnego National Social Security Fund zarządzającego 130 bilionami USD, oznajmił, że uważa iż pieniądze funduszu winny być zainwestowane w rynek akcji, i wskazuje na transakcje długoterminowe jako pewniejsze niż krótkoterminowe spekulacje. Jest to podejście nowatorskie, albowiem obecnie w Chinach prawie wcale nie inwestuje się składek na fundusze emerytalne, tak sobie po prostu leżą...

 

Pozdrawiam serdecznie o jeden rok starsza,

Weronika



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

China Daily, 14.12.2011

środa, 14 grudnia 2011 15:46

 

 

Przyznam się, że najchętniej to nic bym nie pisała, bom zmęczona po bieganiu i siłowni, tylko najpierw zapakowała się do wanny, a następnie do łóżka, ale primo obiecałam, a secundo i tak czekam aż chleb się upiecze, w związku z czym bez dalszego marudzenia przystępuję do dzieła.

 

Część ogólna China Daily Hong Kong z dnia dzisiejszego ma na stronie pierwszej co następuje:

1. Act of Rememberance, fotograf Lang Congliu - wielkie zdjęcie (1/4 strony, co najmniej!) japońskiego mnicha Shunan Noritake który spotyka się z kobietą ocalałą z pogromu Nanjing 13 grudnia 1937 roku. Podpis pod zdjęciem przypomina, że po zdobyciu miasta japońscy żołnierze w ciągu 6 tygodni wymordowali ponad 300000 (trzysta tysięcy, to nie literówka) osób, oraz odsyła do obszerniejszego artykułu na stronie siódmej.

 

2. Spending by govt may boost economy, autor Cynthia Chen - o planach ekonomicznych Chin na przyszły rok, które zakładają wzrost PKB o 8% i inflację na poziomie 4%. Lin Yifu, wiceprezydent Banku Światowego, przemawiający podczas Central Economic Work Conference w Pekinie przyznał, że przeciągający się kryzys w USA i strefie euro może spowolnić rozwój chińskiej gospodarki, jednak optymistycznie zakładał że negatywny wpływ nie będzie zbyt duży i PKB utrzyma się na poziomie ponad 8%. Prezydent Hu Jintao zobowiązał się, że wzrost gospodarczy w roku 2012 zostanie utrzymany dzięki pro-aktywnej polityce monetarnej i fiskalnej. Analitycy raczej się z nim zgadzają podkreślając, że w listopadzie Chinom udało się stłamsić inflację do poziomu 4.2% (poziom najniższy od 37 miesięcy!), a przyszłym roku przewidują inflację poniżej 4%. Inwestycje rządu chińskiego mają dodatnio wpłynąć na wzrost PKB, a Lin Yifu przypomina, że deficyt budżetowy w Chinach wynosi zaledwie 25%, dużo mniej niż w większości krajów rozwiniętych, więc nie ma się czego obawiać. Więcej w dodatku ekonomicznym na stornie 2.

 

3. Mainland market opens wider for HK services, autor Joy Li - o nieco większym otwarciu rynku chińskiego na usługi świadczone przez firmy z Hong Kongu. Podpisana we wtorek 8 poprawka do CEPA (Closer Economic Partnership Arrangement, Umowy o ściślejszej współpracy ekonomicznej pomiędzy Specjalnym Regionem Administracyjnym Hong Kong a Chinami) umożliwia firmom z Hong Kongu wejście na rynek usług w Chinach w 16 branżach, takich jak finanse, ubezpieczenia, turystyka czy badania i rozwój, oczywiście pod pewnymi warunkami: np. usługi finansowe tylko w prowincji Guangdong a usługi medyczne - prywatne szpitale - tylko w stolicach prowincji.

 

4. Making a world of difference, autor Chen Jia - o ekspansji Instytutu Konfucjusza na świecie. Instytut Konfucjusza zajmuje się popularyzowaniem kultury i języka chińskiego na świecie i według Xu Lin, dyrektora Instytutu, jest miarą "miękkiego oddziaływania" Chin na świecie. Obecnie największa liczba placówek Instytutu znajduje się w Europie - 122 szkoły w 34 krajach, drugie na liście są Ameryki - 112 szkół w 13 krajach, następnie Azja - 83 szkoły w 30 krajach. Popyt na nauczycieli chińskiego jest ogromny (ponad 400 instytucji z 76 krajów zgłosiło zapotrzebowanie), jednak względy natury technicznej spowalniają ekspansję Instytutu. Jak mówi Xu Lin: "ciężko znaleźć nauczycieli chińskiego mówiących równocześnie po arabsku czy persku".

 

Dodatek biznesowy zawiadamia na pierwszej stronie, że:

1. Government set to act as export expansion slides, autor Ding Qingfen - długi i według mnie nudny artykuł na temat przewidywanego spadku eksportu. Wang Tao, analityk z Hong Kongu, przewiduje, że eksport Chin w roku 2012 "stanie w miejscu" i zmiana w stosunku do roku ubiegłego wyniesie 0%. Zhong Shan, chiński wiceminister handlu obiecał, że rząd będzie miał w pogotowiu narzędzia umożliwiające stabilizację eksportu i wykonanie założeń planu pięcioletniego 2011 - 2015. Wśród tych narzędzi znajduje się plan zwiększenia eksportu do krajów rozwijających się, głównie tych z dużą liczbą ludności i bogatych w surowce naturalne (Rosja, Brazylia, RPA, Indie) zamiast do krajów rozwiniętych (w 2010 ponad 35% eksportu chińskiego było skierowane do USA, UE, Hong Kongu i Korei Południowej) oraz rozwinięcie tzw. "baz eksportu" promujących eksport danych towarów, np. baza eksportu jabłek w prowincji Shaanxi czy baza eksportu butów w prowincji Zhejiang. Anonimowe źródło gazety potwierdziło, że bazy eksportu będą wspierane znaczącymi subsydiami.

 

2. Official says nucler approvals could restart within next six months, autor Du Juan - o wznowieniu prac nad budową nowych elektrowni atomowych. Po marcowej awarii elektrowni atomowej Fukushima Daiichi wladze chińskie wstrzymały wszystkie budowy nowych elektrowni atomowych i zapowiedziały kontrole jakości zarówno w budowanych, jak i już działających elektrowniach, oraz opracowanie specjalnych standardów jakości dla tego typu placówek. Prace nad dokumentem standaryzującym procedury BHP przy budowie i użytowaniu elektrowni jądowych już się zakończyły i Ministerstwo Ochrony Środowiska wkrotce przedstawi rządowi swoje propozycje. Przed uderzeniem tsunami i tragedią w Japonii Chiny planowały oddawać do użytku 8 reaktorów o łącznej mocy 10 milionów kilowaatów rocznie, obecnie ekperci spekulują że liczba ta może zostać ograniczona do 6 reaktorów rocznie.

 

3. Lower taxes to aid economic growth, autor Zhao Yinan - o zmianach podatkowych. Artykuł podaje, że w celu wyrobienia norm przewidzianych w planie pięcioletnim na lata 2011- 2015 rząd podniósł we wrześniu próg dochodów nieopodatkowanych z 2000 do 3500 juanów miesięcznie, co zredukowało ilość podatników o 60 milionów, jak również obniżył podatek dochodowy i VAT, w zamian podnosząc podatek "środowiskowy". Ponadto, o czym pisałam już dwa tygodnie temu, podniesiono "próg ubóstwa", co spowodowało że dodatkowe 128 milionów Chińczyków może się ubiegać o pomoc państwa. Zmiany wprowadzono najpierw pilotażowo w Szanghaju i kilku innych miastach, ale docelowo mają one objąć całe Chiny. Celem reformy jest zwiększenie obciążeń podatkowych, podniesienie siły nabywczej ludności i, w efekcie, szybszy rozwój gospodarki.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Weronika



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Urodzinowa wycieczka na Hainan

poniedziałek, 12 grudnia 2011 15:47

 

W pierwszych słowach mojego listu.... tfu, wpisu :) ... chciałabym się usprawiedliwić - obiecałam, że prasówkę będę robić co środę, i już za drugim razem nawaliłam. A fe, wstyd! Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że Tygrys całą środową noc przepłakał (katar? zęby? koszmary? za gorąco? za zimno? nie mam pojęcia!) i nie bardzo miałam głowę do czegokolwiek innego niż pocieszanie, uspokajanie i usypianie. Ale pojutrze spodziewajcie się donosu z pierwszych stron gazet!

 

Wracając do naszego wypadu na Hainan - cała impreza odbyła się prawie dokładnie miesiąc temu, z okazji pierwszych urodzin Tygrysa. Wzięliśmy oboje 3 dni urlopu i w środę 9 listopada wsiadałam z Tygrysem do samolotu w Hong Kongu. Lecieliśmy tylko we dwójkę, ponieważ Tomek już na nas czekał na Hainan - miał tam czterodniową firmową konferencję i po prostu został na miejscu.

 

Hainan to chińska tropikalna wyspa, w związku z czym podróż zaczęliśmy jakieś półtora miesiąca wcześniej od zdobycie chińskiej wizy. Musiałam wypełnić formularz za siebie i za Tygrysa - ile tego było! - dorzucić zdjęcia i stawić się w godzinach pracy w ambasadzie ChRL. Miła pani w okienku najpierw nie chciała w ogóle przyjąć dokumentów Tygrysa, bo ważność jego paszportu kończy się w lutym 2012, a we wniosku na wizę jest jak byk napisane, że żeby ją dostać paszport musi być ważny jeszcze co najmniej 6 miesięcy, ale po wytłumaczeniu o co kaman (że to malutkie dziecko i w Polsce innych paszportów po prostu nie wydają) przyjęła papiery, zmieniając tylko ilość wjazdów z nieograniczonej na dwa oraz ważność wizy z sześciu na dwa miesiące. Bez żadnych problemów odebrałam nasze paszporty z wizami po 3 dniach od złożenia wniosku i jedynym zgrzytem była cena - 570 HK$ za osobę. No cóż, chce się podróżować, trzeba płacić!

 

Jechaliśmy na pięć dni, a walizkę zapakowałam największą, jaką mamy, z czego większość zajmowały rzeczy Tygrysa. No ale co się dziwić, same pieluchy zajmowały 1/4 walizki, a jeszcze butelki, mleko, słoiczki, piesek, książeczki, kilka zabawek, śpiworek, kocyk, ręcznik, ciuchy, itp, itd... Grunt, że jakoś udało mi się załadować wszystko do taksówki, a potem dotaszczyć do punktu odprawy. Jasiek oczywiście wzbudzał ogólny zachwyt i cmokanie (szczerbaty i uśmiechnięty blondynek w Chinach - nic dziwnego) a pani, która nas odprawiała, zawołała koleżankę i razem odśpiewały Młodemu "Sto lat" bo się doczytała w paszporcie, że miał tego dnia urodziny, oraz tak usadziła wszystkich pasażerów, że mieliśmy cały rząd tylko dla siebie i Tygrys siedział sobie na własnym fotelu (na czas startu i lądowania oczywiście przesiadał się do mnie na kolana). Bardzo to było miłe z jej strony! Tygrys lot zniósł bardzo dobrze, jak to on, a podczas spacerów tam i z powrotem oczarował kolejne tłumy.

 

Tomek już na nas czekał na lotnisku w Sanya i wspólnie pojechaliśmy do hotelu. Wybrałam taki blisko plaży, z atrakcjami dla dzieci (baseny, pokoje zabaw, place zabaw) i dla dorosłych (knajpki, restauracje, bar na plaży, siłownia, spa). Hotel był ogólnie ok, tylko do zarezerwowanego sprzętu okołodziecięcego mam zastrzeżenia- największe do łóżeczka, z którego Tygrys po prostu wyłaził, tak więc musieliśmy zrobić olbrzymie przemeblowanie (łóżeczko w kąt, obstawione wszystkim czym się dało - w tym naszym łóżkiem - żeby Młody jednak nie wypadł na pyszczycho na podłogę). Ponadto materacyk był brudny, i musieliśmy poowijać wszystko dodatkowymi prześcieradłami żeby jakoś dało się w tym spać. Żeby było jeszcze dowcipniej, to hotelowy wózek zepsuł się nam w na dzień przed powrotem, ale tu już nie mieliśmy żadnych skrupułów, stwierdziliśmy że trudno, chrzanimy, niech się nawet rozpadnie do końca, my z niego będziemy korzystać i basta!

 

Urlop udał się nam przednio - Tygrys cały zachwycony łaził po całym terenie ośrodka, zazwyczaj na smyczoszelkach, bo jednak nie chciałam go wyławiać z dna basenu ani opatrywać rozbitej z powodu zbyt dużej prędkości łepetynki, co nie przeszkadzało mu być najradośniejszym dzieckiem w całym hotelu. Szalał za trzech, jadł z dwóch, spał jak niemowlak, słowem, bawił się świetnie, a my razem z nim. Co prawda z uciech korzystaliśmy albo we trójkę (kolacje, lunche i śniadania w knajpach z Tygrysem, który domaga się spróbowania, co też my tam mamy na talerzach - bezcenne :), albo podczas snu Tygrysa (Młody sypiał na zewnątrz w wózku, a my się opalaliśmy w tym czasie na leżaczkach :) albo na zmianę (ja do spa, Tomek z Tygrysem na plac zabaw, a potem wymiana). Plaża była ok, chociaż piasek kłuł delikatne stópki naszego synka, za to morze, to była wspaniała zabawa!! Wyciągać go z wody trzeba było siłą, wyrywał się, że chce jeszcze, i to nie przy brzegu, a głębiej, fale - mimo że jedna zalała go z glową - były super, super, super!

 

Postawiliśmy ogólnie na leniuchowanie, chociaż wybraliśmy się raz do miasta, do Sanyi (nic ciekawego) i raz na pobliską West Island (fajna wyprawa motorówką, świetna lokalna knajpa z owocami morza, kąpiel z Tygrysem w zatoczce, popołudniowe spanie w hamaku i, niestety, paskudna kawa). Pomimo pobudek o 6.00 (Tygrys wyłaził z łóżeczka i ze śmiechem lądował na mnie, no i było po spaniu :) wypoczęliśmy bardzo porządnie, i z nową dawką energii wróciliśmy do codzienności.

 

Mamy mnóstwo ślicznych zdjęć, ale przyznam się - nie wrzucę do nich linka, bo zagląda tutaj kilka osób którym nie chcę dostarczać zdjęć Tygrysa! W związku z tym przepraszam pozostałych czytelników, szczerze zainteresowanych Młodym i nami i atrakcjami na Hainan, ale będzie Wam musiało wystarczyć jedno zdjęcie oprócz tego z kokosem, zamieszczonego kilka wpisów poniżej. Oto moje dwa rozchichrane chłopaki po śniadaniu:

 

Wypad udał się nam tak bardzo, że zastanawiamy się czyby nie wybrać się w jakieś przyjemne miejsce na Sylwestra.... Jakby co, damy znać, a tymczasem żegnam się i lecę sprawdzać jak tam wyrósł mój chleb :)

 

Pozdrawiam,

Weronika

 

P.S. Dodam jeszcze, że na Hainan jest mnóstwo Rosjan! W związku z czym miałam okazję kilka razy poćwiczyć język Puszkina... jejku jej, ile zapomniałam, to aż straszne!



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

China Daily, 30.11.2011

środa, 30 listopada 2011 15:02

 

Przejrzałam pobieżnie notki z ostatniego okresu i wyszło mi, że bardzo mało piszę o Chinach - a przecież w tym cała egzotyka! Postanowiłam więc co tydzień w środę dzielić się z Wami chińskimi aktualnościami. W tym celu będę czytać - i Wam tutaj streszczać - artykuły z pierwszej strony gazety China Daily.

 

Zanim przejdę do dzisiejszych artykułów - co to za gazeta? China Daily to anglojęzyczny dziennik chiński (wersja online do poczytania tutaj), założony w 1981, o codziennym nakładzie ponad 500 000 kopii, dystrubuowanych na całym świecie, nie tylko w Chinach. Istnieje kilka odmian lokalnych, ja czytam tutejszą, czyli China Daily Hong Kong. Od poniedziałku do piątku ukazuje się 30 stron (w tym 12 poświęconych kwestiom biznesowym), w soboty wydanie ma tylko 16 stron. Wydanie codzienne kosztuje 6 HK$ (ok. 2,6 PLN).

 

To co dzisiaj na pierwszej stronie? W części ogólnej mamy (zaczynam od artykułów największych objętościowo, wyłączając zdjęcia):

1. Taking a tough line on poverty, autor He Dan - o ubóstwie Chińczyków. Rząd chiński zdecydował się podnieść poziom dochodu poniżej którego jest się oficjalnie ubogim i uprawnionym do pomocy państwa. Wcześniej, aby być uznanym za biednego, należało mieć dochód roczny netto na osobę nie wyższy niż 1196 juanów, czyli 187 USD, obecnie podniesiono limit to 2300 juanów (361 USD) - w dalszym ciągu jest to mniej niż 1 USD/ osobę/ dzień! Zmiana ta pociągnie za sobą wzrost liczby osób "oficjalnie ubogich" i uprawnionych do pomocy socjalnej z niecałych 26 milionów do 128 milionów. Dla porównania, w USA do grona "ubogich" klasyfikuje się ponad 46 milionów osób, w Brazylii - 16 milionów, w Indiach - 372 milionów (wszystko wg. definicji danego państwa).

 

2. Health system to get shot in the arm, autor Shan Juan - o reformach systemu opieki zdrowotnej. Rząd i ministerstwo zdrowia zachęcają Chińczyków do inwestowania w prywatne pakiety zdrowotne. W 2009 roku zwiększono nakłady na służbę zdrowia do 850 milionów juanów (133 mln USD) na przestrzeni kolejnych 3 lat i przeprowadzono serię reform, co doprowadziło do objęcia podstawową opieką medyczną 96% populacji, czyli ok 1,28 bilionów osób. Wynik imponujący, a mimo wszystko szacuje się, że łączne wydatki na opiekę zdrowotną w 2010 roku wyniosły 2 tryliony juanów, czyli ok. 1400 juanów na osobę, z czego - uwaga, krytycy polskiej służby zdrowia! - państwo zrefundowało ok. 120 juanów na osobę. Jak widać, do zapewnienia wszystkim przynajmniej takiej-sobie opieki zdrowotnej trochę im jeszcze brakuje.

 

3. Caught up in the jade craze, autor Wei Tian - o rosnących cenach jadeitu. Ceny jadeitu, "świętego kamienia Chin", przez ostatnie dziesięć lat zwiększyły się wielokrotnie, przez co kamień ten stał się łakomym kąskiem dla kolekcjonerów i inwestorów. Fachowiec Wang Wenhua podaje przykład: cena kilograma jadeitu wynosiła dziesięć lat temu 10.000 juanów (dziesięć tysięcy), obecnie zaś ponad 1000000 juanów (to nie literówka - chodzi o milion).

 

W dodatku biznesowym mamy natomiast:

1. New bank bosses announced, autor Wang Xiaotian - o zmianach na stanowiskach prezesów dwóch chińskich banków. Pan Jiang Chaoliang (54 l) został prezesem Agricultural Bank of China (Chińskiego Banku Rolniczego - nie wiem jak to inaczej przetłumaczyć), a pan Wang Hongzhang (54 l) - prezesem China Construction Bank Corp (bank numer dwa na świecie pod względem wartości rynkowej). Dalej są biografie obu panów, których nie chce mi się streszczać, oraz zapewnienie, że pomimo zmian na samym szczycie hierarchii polityka długookresowa nie ulegnie zmianie.

 

2. Solar firms ready to defend against US subsidy probe, autor Yang Ning - o reakcji chińskich producentów baterii słonecznych na wszczęcie dochodzenia antydumpingowego przez USA. Amerykańscy producenci baterii słonecznych i komponentów potrzebnych do ich produkcji skarżą się, że chińskie firmy sprzedają panele i części do nich poniżej kosztów produkcji dzięki finansowemu wsparciu chińskiego rządu, przez co firmy amerykańskie stoją na skraju bankructwa (import z Chin zwiększył się z 640 mln US$ w 2009 do 1,5 biliona US$ w 2011). Chińczycy są przekonani, że dochodzenie amerykańskiej Komisji Handlu Międzynarodowego nie wykaże żadnych nieprawidłowości, bo niższe ceny chińskich produktów są spowodowane wyższą wydajnością pracy oraz zastosowaniem innowacyjnych rozwiązań w procesie produkcji i odbijają pałeczkę, oskarżając firmy amerykańskie o korzystanie z licznych ulg i zwolnień podatkowych (np. 43 mln USD przez firmę SolarWorld), co jest nieuczciwą konkurencją bo Chińczycy nie mogą z nich skorzystać.

 

3. Favorable FDI policy is essential, says report, autor Ding Qingfen - wyniki raportu o inwestycjach zagranicznych w Chinach. Raport, opublikowany przez Uniwersytet Ekonomii i Handlu Zagranicznego w Pekinie, podkreśla wagę rządu chińskiego w tworzeniu sprzyjającego klimatu dla inwestycji zagranicznych. Wg. raportu jest dobrze (do tej pory inwestycje zagraniczne w Chinach sięgnęły 1,2 tryliona US$, a swoje siedziby otwarło tu 730000 firm zagranicznych), ale trzeba się ciągle starać, albowiem kryzys w UE i USA oraz rosnące koszty operacyjne w Chinach mogą spowodować zamykanie fabryk w Chinach i ich przenoszenie do Ameryki i Europy. Groźba jest realna, ponieważ w ostatnim czasie inwestycje samych Stanów zmniejszyły się o 18%, do 2,6 bilionów US$. Wicepremier Wang Qishan zapowiedział w poniedziałek, że Chiny postarają się o jeszcze lepsze warunki dla inwestycji zagranicznych, włączając w to zwiększoną ochronę praw własności intelektualnej. Niezależny specjalista Ma Yu przekonuje do jeszcze większego otwarcia rynku na inwestycje zagraniczne.

 

Mam nadzieję, że się podobało. Za tydzień kolejne doniesienia z frontu chińskiego.

 

Pozdrawiam,

Weronika



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Trochę Skandynawii w Hong Kongu

sobota, 26 listopada 2011 15:35

 

W ubiegłą sobotę udało mi się przypomnieć sobie trochę duńskiego i poczuć znów skandynawskie klimaty - a wszystko dzięki zaproszeniu na Skandynawski Kiermasz Świąteczny organizowany przez Duński Kościół Marynarzy pod wezwaniem Św. Piotra (duń. Den Danske Sømandskirke).

 

Mówiąc zupełnie szczerze, trochę się tym kiermaszem rozczarowałam, bo spodziewałam się czegoś podobnego do kiermaszu bożonarodzeniowego w Christianii - z drugiej strony, skąd w Hong Kongu miałoby się znaleźć aż tylu Duńczyków! Zupełnie szczerze przyznaję, że oczekiwania miałam nazbyt wygórowane, a na kiermaszu bawiłam się mimo wszystko całkiem nieźle, chociaż krótko, bo znienacka dostałam migreny-giganta i zwinęłam się do domu cierpieć w swojej własnej ciemnej i cichej sypialni (niania, zobaczywszy w jakim jestem stanie - a byłam o krok od pojechania do Rygi - wzięła Jaśka na plac zabaw, w związku z czym w domu panowała kompletna cisza).

 

Z kiermaszu odniosłam jednak liczne korzyści, między innymi:

- porozmawiałam sobie trochę po duńsku - chociaż z jedną Szwedką w końcu przeszłyśmy na angielski, bośmy się nie mogły dogadać (ale to nic dziwnego, ja rozumiem tylko Szwedów z południa)

- wypiłam trochę gloggu, niestety, z samymi tylko rodzynkami, bez migdałów :(

- zjadłam moje ukochane aebleskiver (też trochę oszukane, bo był do nich dżem truskawkowy, a nie malinowy)

- kupiłam tradycyjnie duńską świecę- kalendarz adwentowy

- kupiłam kalkomanię na okna z motywem świątecznym

- kupiłam serwetki z motywem świątecznym

 

Były również duńskie flagi urodzinowe, których nie kupiłam ponieważ ta tradycja zawsze mnie śmieszyła (najbardziej kiedy duńskimi flagami oklejali moje biurko w pracy z okazji moich urodzin, chociaż ja nie Dunka :), gotowe papierowe koszyczki i gwiazdki do zawieszenia na choinkę, których nie kupiłam bo co to za frajda, kupić gotowe? sama chciałam zrobić, ale skoro nie mieli szablonów, to wyciągnę z kartonów własnoręcznie złożone gwiazdki i koszyczki z zeszłego roku (tak samo fajne a za to za darmo :) oraz cukierki z lukrecji (duń. lakrids), których nie cierpię, nie cierpię, nie cierpię! 

 

Po tym kiermaszu wpadłam już zupełnie w szpony klimatów okołobożonarodzeniowych, co nie było trudne, albowiem w Hong Kongu dekoracje świąteczne (Mikołaje, choinki, renifery, choinki, ośnieżone chatynki, gwiazdki i czy wspomniałam już o choinkach?) są dosłownie wszędzie, i to od dobrych dwóch tygodni - a jeszcze się nawet grudzień nie zaczął! Powariowali, czy jak? Ja trzymałam się twardo aż do dzisiaj, kiedy to nabyłam drogą kupna ozdoby choinkowe oraz jeszcze więcej kalkomanii na okna, a zaraz zamówię choinkę i rozpiszę listę potraw na Wigilię... a wszystko to dlatego, że tutaj trzeba się trochę bardziej nagimnastykować, żeby zorganizować prawdziwie polskie Święta, i planowanie należy zacząć już-zaraz-natychmiast! Jest to temat na osobną notkę, którą - obiecuję - napiszę jak tylko uda mi się wszystko ogarnąć.

 

Tymczasem pozdrawiamy serdecznie,

Weronika i Tomek (oboje z Hong Kongu, co ostatnimi czasy nie zdarza się zbyt często, niestety)



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 28 stycznia 2012

Licznik odwiedzin:  82 001

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

We had been living in
Copenhagen, Denmark,
for 3 years & 8 months!

Daisypath Vacation tickers

Aktualnie:
Weronika czyta:
"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
Swietłana Aleksijewicz
Tomek czyta:
"Fałszywy trop"
Henning Mankell
Weronika i Tomek
oglądają:
Tru Blood: sezon 4
Supernatural: sezon 7
Glee: sezon 3
Dexter: sezon 6
Walking Dead: sezon 2

Napisz do nas

jeśli musisz :) weronikaitomek@gmail.com

Sława, sława, sława:

Duńczyk się szanuje

Gazeta Wyborcza, Duży Format, 18.03.2009

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

* Kulinaria

* Zdjęcia przyjaciół:

Ciąża/ dziecko:

Czytuję:

Kopenhaga:

Linkują do nas

Oglądam:

Warszawa:

Wizyty:

Wyprawy bliższe:

Wyprawy dalsze:

Złośliwostki :)

o Hong Kongu:

Ślub nasz - 21.04.2007:

Śluby przyjaciół:

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 25.04.2011 17:01:14
  • autor: Weronika
  • treść: Wstydzioszek, cieszę...

Lubię to