Blog Weroniki i Tomka

Zalety spacerów, albo wiosna idzie!


W Kopenhadze pogoda panuje iście wiosenna: słonko świeci, temperatury z rodzaju tych wyższych (tak ok. 10 stopni), bezchmurne niebo, o dziwo tylko słaby wiaterek powiewa. W przydomowych ogródkach masowo pojawiają się przebiśniegi i krokusy. Ptaszęta urządzają poranne koncerty. Krzaki nieśmiało zaczynają wypuszczać pierwsze pączki - w końcu to dopiero początek lutego. Jednym słowem, sielanka.

W związku z czym postanowiliśmy udać się do centrum handolwego Fisketorvet pieszo, zamiast przewieźć cztery litery kolejką. Plan był taki: niespiesznym krokiem dojść prosto do Fisketorvet, dokonać zakupów ciuchowych dla Tomka, dokonać zakupów żywnościowych, zjeść coś w tajskiej knajpie o wdzięcznej nazwie "Just Thai Box", wsiąść w kolejkę i wrócić do domu. Wszystko przed 17.00, bo o tej godzinie wszystko tutaj zamykają.

Udało nam się niewykonać już pierwszy punkt naszego planu, ponieważ się zgubiliśmy ;) Nie jakoś strasznie, tak ogólnie to wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, ale na pewno nie była to najprostsza droga do Fisketorvet. Ale nasze zgubienie się miało, jak się okazało, plusy - znaleźliśmy uroczy antykwariat, taki prawdziwy, ze starymi regałami, z klimatem, miłym sprzedawcą i wszystkim jak trzeba. Przeszliśmy się dookoła, znaleźliśmy dział z angielskimi książkami i radośnie nabyliśmy dwie: "Dancing with wolves" dla Tomka i "Gai-jin" dla mnie (ostatnio dopadła mnie - i trzyma - faza na Japonię). Każda kosztowała 5 koron, co jest śmieszną ceną, zwłaszcza jak na Kopenhagę. Na pewno tam jeszcze wrócimy, bo mieli całkiem sporo książek Ludluma i Clancy'ego. I nawet Tolkiena!

Później poszło jak z płatka: dotarliśmy do centrum, załatwiliśmy wszystkie zakupy w drugim sklepie do którego weszliśmy- co dziwne, był to H&M, który miał niezły asortyment ciuchów męskich, w tym nawet fajne dżinsy. Obiad u Tajów był strzałem w dziesiątkę - oznajmiam wszystkim którzy mają zamiar nas odwiedzić, że od dziś obiad w Just Thai Box został wpisany na listę "must do" ;) Zakupy żywnościowe pzebiegły bez żadnych fajerwerków, za to w drodze powrotnej w kolejce zostały nam sprawdzone bilety - rzecz naprawdę tutaj nieczęsta. Na szczęście Tomek skasował bilet jak praworządny obywatel, a ja miałam migawkę (po łódzku tak się mówi na bilet miesięczny :). Niestety, szczęścia nie miały dwie dziewczyny siedzące obok nas - zostały im wlepione mandaty za podróżowanie bez biletu.

Pozostała część dnia upłynęła nam miło i przyjemnie, między innymi na graniu w "Wiedźmina".

Pozdrawiamy,
Weronika i Tomek

P.S. Jak taka pogoda się utrzyma, będę musiała wyciągnąć z piwnicy mój bezrękawnik!
P.S.S. Jak taka pogoda się utrzyma, w przyszły weekend wyciągamy grilla i otwieramy sezon grillowy ;)