Blog Weroniki i Tomka

Koledzy na obiedzie


Wczoraj zaprosiliśmy na obiad kolegów Tomka. Kolegów było dwóch, Anglik i Fin. Oboje nie mieszkają w Kopenhadze na stałe, tylko tak zostali na weekend bo Anglik odchodzi z pracy i w piątek mieli pożegnanie.

Anglika spotkałam już wcześniej, natomiast z wielką niecierpliwością czekałam na Fina - nasłuchałam się od Tomka mnóstwo opowieści na jego temat i chciałam poznać go osobiście. Na pierwszy rzut oka strach byłoby się z nim spotkać w ciemnym zaułku: szerszy niż wyższy, wytatuowane ramiona, ścięty "na jeża", kolczyki w uchu i w brwi. Odsłużył co swoje w fińskiej armii, w tym dłuższy czas w oddziale komandosów. Brał udział w nielegalnych walkach ulicznych, gdzie jedyna reguła brzmi: "nie wkładać palców w oczy". Jest erotomanem-gawędziarzem i, jak każdy Fin, lubi sobie wypić. Wiem, brzmi strasznie, ale przy bliższym poznaniu znacznie zyskuje, pomimo faktu że zazwyczaj ma równolegle cztery dziewczyny (aktualne są w wieku: 18, 21, 24 i 27 lat). Czyta mnóstwo - dwie książki tygodniowo - jest naprawdę inteligentny i można z nim fajnie porozmawiać na prawie każdy temat. Np. lubi książki Waltariego i Muminki ;) I ma naprawdę sporo uroku osobistego. Ma też trzech synów, najstarszego w wieku 11 lat.

I tutaj humor sytuacyjny: wyobraźcie sobie tegoż właśnie Fina, jak siedzi na kanapie z butelką piwa w ręku, i mówi "Naprawdę lubię Muminki i uważam że są świetną bajką, dużo lepszą niż te obecnie produkowane. Zawsze puszczam moim trzem synom Muminki, i oglądam je razem z nimi, bo nie ma tam przemocy i nie są brutalne".

Tomek uzgodnił z nimi, że przyjdą do nas na 15.00 - najpierw zapowiadali, że przyjdą prosto po wstaniu z łóżka na takie późne "śniadanie", ale kac wypędził ich z domu wcześniej: o 13.00 dostaliśmy SMSa że poszli do pubu zażyć lekarstwo, ale będą u nas o czasie.

Zjawili się z eleganckim 10 minutowym spóźnieniem i bukietem kwiatów dla mnie, po czym przyznali się że ostatnie dwie godziny przesiedzieli w pubie na rogu naszej ulicy, lecząc kaca ;)

Menu było przygotowane specjalnie jak dla osób cierpiących na syndrom "dnia następnego": smalec, kiszone ogórki (ostatnie! więcej nie mamy, niestety), ogórkowa, kasza gryczana i wołowina z papryką i cebulą. I rożki z jabłkiem i miód pitny na deser. Mieliśmy też kwaśnicę, ale odmówili spożycia, tchórze jedne ;) Zresztą, na każdą potrawę z początku patrzyli podejrzliwie, a potem wsuwali, aż im się uszy trzęsły. Zwłaszcza Fin, facet słusznych rozmiarów, poczuł się jak u siebie w domu, radośnie jadł po dwie dokładki wszystkiego, bezczelnie pytał, gdzie jest sól, bo kasza za mało słona, oraz sam wyciągał sobie piwo z lodówki. Miło mieć takich gości ;)

O rany, ile oni piwa wypili!! Nie to, że im żałuję, ale jestem pod wrażeniem ich możliwości. Prawdziwi alkoholicy w akcji ;) Ale było bardzo sympatycznie, jak przyszli o 15.00, tak wyszli o 21.00, wyciągając nas ze sobą do pubu Globe (miejsce spotkań Anglików, Irlandczyków, Walijczyków i Szkotów w Kopenhadze) na mecz rugby. Zasad gry dalej nie są dla mnie do końca jasne, ale bawiliśmy się fajnie a Anglia wygrała ;) Tłum był taki, że musieliśmy się szybko przestawić na oddychanie beztlenowe, już nie wspominając że cały czas nas ktoś popychał, grzecznie później przepraszając "sorry, mate!" Słówka "mate" mam dość na następne pół roku :)

Ogólnie z Finem zaprzyjaźniliśmy się do tego stopnia, że zaprosił nas do siebie ze czterysta razy, zapowiadając że mamy przyjechać na dłużej, a nie tylko na weekend, i on na będzie gotował tradycyjne fińskie żarcie, i pokaże nam całą Finlandię, i najlepsze bary w Helsinkach, i pojedziemy do niego na działkę pod Turku, i do Laponii, i jeśli Tomek chce, to będą łowić ryby albo polować. I będzie fajnie, i koniecznie mamy przyjechać!

Oczywiście, że pojedziemy. Wstępnie ok. świętego Jana, bo podobno wtedy ci poganie świętują i jest dużo zabawy ;)

Pozdrawiamy,
Weronika i Tomek

P.S. Anglik też jest fajny, ale nie aż tak barwny jak Fin ;)