Blog Weroniki i Tomka

niecodzienność

Podsumowanie roku 2014

 

Niewiarygodne! Toż my jeszcze żyjemy, ba! czasami nawet zaglądamy na bloga!

 

Tak, tak, wiem że już prawie koniec stycznia, że nic nie pisałam od ponad miesiąca a tutaj nagle się tak wyrywam z podsumowaniem roku 2014. Niby prawda, ale mój blog, więc kto mi zabroni? :) Obiecuję, że jakiś bardziej "konkretny" wpis postaram się niedługo wrzucić chociaż - i tu nie ukrywam - z czasem jest potwornie ciężko, bo w pracy, excusez le mot, zapieprz na całego, a i po pracy mam co robić (z dwójką dzieci to dziwne by było gdybym nie miała!)

 

Styczeń 2014 upłynął nam na dalszym oswajaniu się z Antkiem - bez bicia przyznam, że Młodszy nie był tak łatwy w obsłudze jak Jasiek: więcej płakał, mniej spał, był bardziej żarłoczny i bardziej w swojej żarłoczności wybredny, jak również bardziej uparty (co mu zostało do dziś). Na moim wychowawczym bardzo też skorzystał Jasiek, którego odprowadzałam i przyprowadzałam z przedszkola, i dla ktorego ogólnie miałam więcej czasu, oraz ja sama - zapisałam się na zajęcia z osobistym trenerem z którym ćwiczyłam dwa razy w tygodniu (kobieta dała mi nieźle do wiwatu, ale sama chciałam i podobało mi się!) oraz chodziłam na basen i siłownię.

 

Luty 2014 to uroczyste obchody Chińskiego Nowego Roku spędzone przez nas w Hong Kongu oraz więcej czasu poświęconego na "używaniu życia", samej, z Tomkiem oraz z chłopakami (to w lutym poszłam sobie do kina ot, tak po prostu, na 9.40 rano - całe przeżycie było tak niesamowicie inne od mojej codzienności że do dziś o nim pamiętam!)

 

Od początku marca 2014 gorączkowo przygotowywałam się do ponad miesięcznej wizyty w Polsce - oraz, co spędzało mi sen z oczu w dużo większym stopniu - samotnego międzykontynentalnego lotu z jedną przesiadką i dwójką dzieci (leciałam sama z chłopakami bo Tomek oczywiście nie miał aż tyle wolnego). Jak widać, wszyscy daliśmy radę, żyjemy i mamy się dobrze! W tym miesiącu podjęłam również wyzwanie zorganizowania dla Tomka urodzinowego przyjęcia-niespodzianki, czyli: męskiego wypadu na paintball a następnie na steki. Tym większe brawa dla mnie (skromność to moje drugie imię normalnie!) że sporą część załatwiałam już zdalnie, siedząc u moich rodziców na kanapie i zażerając się pysznym drożdżowym mamy :)

 

Kwiecień 2014 to pobyt głównie w Łodzi, gdzie Jasiek podszkolił swój polski do poziomu ekspert (dzięki regularnemu uczęszczaniu do przedszkola) oraz w Warszawie, gdzie odbył się chrzest Antka; najdłuższa jak dotąd okazja żeby dziadkowie nacieszyli się wnukami; jest to również miesiąc w którym Tomek pod ręką fachowca stracił dwie ósemki a następnie prezentował światu imponujące siniaki przekonując wszystkich dookoła że nie, to nie jest efekt przemocy domowej.

 

Maj 2014 to niestety miesiąc którego największą "atrakcją" był mój powrót do fabryki - ciężko to było wytłumaczyć chłopakom i ciężko również było się przestawić z trybu "mama domowa" na "mama biurowa". Moja szefowa zachowała się sympatycznie dając mi dwa tygodnie "oddechu" na ponowne przystosowanie się do firmowej rzeczywistości.... po czym jak ruszyliśmy z koksem, tak do dziś zapierniczam jak mały motorek :(

 

W czerwcu 2014 poczułam się normalnie jakbym ponownie skończyła osiemnastkę, bo dostałam swoją pierwszą wizę pracowniczą (wcześniej byłam zarejestrowana jako osoba zależna od Tomka) :D W fabryce zapierniczałam jak mały samochodzik, przygotowując bodajże cztery prezentacje dla klientów, a jeszcze znaleźliśmy czas żeby na kilka dni skoczyć całą rodziną do Macau, aktywować moja wizę.

 

Lipiec 2014 to druga już w naszym życiu wizyta na chińskich Hawajach, czyli wyspie Hainan - żeby odpocząć, oczywiście, ale również aby aktywować przy wjeździe do Hong Kongu wizy chłopaków. Jasiek dał czadu występując na koncercie przedszkolnym - jak on pięknie tańczył i śpiewał! Naprawdę! Chociaż od codziennego odsłuchiwania po kilka razy "I'm walking on sunshine" bolała mnie głowa i żeby (zęby od zgrzytania bo ileż można! ale zniosłam wszystko z uśmiechem na ustach).To również miesiąc w którym definitywnie pożegnałam się z karmieniem piersią i z radości upiłam się.... dwoma kieliszkami wina (po 9 miesiącach ciąży i prawie 9 miesiącach karmienia tolerancja na alkohol spada do zera :)

 

Na sierpniu i wrześniu 2014 cieniem kładzie się wypadek Jaśka, w którego na przejściu dla pieszych wjechała taksówka.... Nie chcę do tego wracać żeby się znów nie stresować, ale czas spędzony z Młodym w szpitalu to był zdecydowanie jeden z najgorszych - o ile nie najgorszy - okres w moim życiu. Na szczęście obecnie wszystko jest już ok i czekamy na ostanią operację (wyznaczoną na maj 2015) dzięki której Tygrys wróci do stanu sprzed wypadku.

 

W październiku 2014 wszyscy w skupieniu śledzili postępy hongkońskiej "parasolkowej rewolucji", a w domu poświęciliśmy się rehabilitacji Tygrysa, który (biedaczek!) zaraz po zdjęciu gipsu nie był w stanie sam przejść choćby jednego kroku.

 

Listopad 2014 to pierwsze urodziny Antka i czwarte urodziny Jaśka - jeszcze raz sto lat dla moich kochanych syneczków!

 

Końcówkę roku (grudzień 2014) spędziliśmy nad wyraz pracowicie, uczestnicząc w najróżniejszych (przed)świątecznych zlotach, wieczorkach, spotkaniach i imprezach - i na każdej z nich bawiliśmy się przednio! Uczciliśmy też moje urodziny najlepszym prezentem jaki mogłam dostać od męża - pojechaliśmy do fajnego hotelu i mogłam się wyspać do oporu, ile chciałam, bez żadnych pobudek w środku nocy na karmienie Pajtona! Bajka normalnie! (no dobra, diamentowy wisiorek od Tomka też mi się bardzo podoba :) A kilka dni przed Sylwestrem wybyliśmy z Hong Kongu na Phuket, gdzie przywitaliśmy nowy rok 2015.

 

Oprócz powyższego w 2014 zdobyłam "nowych" i utrzymałam "starych" przyjaciół, poznałam nowych ludzi, nauczyłam się sporo o sobie i innych, odwiedziłam kilka nowych miejsc, spróbowałam nowych potraw, przeczytałam dużo książek, obejrzałam kilka(naście) filmów, zarobiłam więcej pieniędzy niż wydałam... w dalszym ciągu mam tego samego, fantastycznego męża (tak Tomek, to o Tobie :) oraz dwóch (zazwyczaj) cudownych synków, fajne mieszkanie, ciekawe perspektywy zawodowe i nie tylko oraz z optymizmem patrzę w przyszłość. Jednym słowem, jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej (bo niby czemu nie?).

 

Pozdrawiam serdecznie,

Weronika 

 

PS. Planów na 2015 mamy mnóstwo, ale trzymam je w tajemnicy bo nie chcę zapeszać :) No, może tymi podróżniczymi się podzielę przy sprzyjającej okazji, ale o reszcie - cicho sza, pochwalę się we właściwym czasie :)