Blog Weroniki i Tomka

podróże małe i duże

Phuket rodzinnie

 

Nie wiem z czym Wam się kojarzy tajska wyspa Phuket, ale mnie z tanimi wakacjami nad ciepłym morzem gdzie można zaszaleć, napić się i poderwać Tajkę czy Taja.... i nie jest to obraz nieprawdziwy - dokładnie to robi się na Patong Beach, gdzie początkowo zarezerwowałam nam pokój, a której to okolicy szczęśliwie uniknęliśmy dzięki koleżance która Phuket zna jak własną kieszeń.

 

"Dziewczyno, uciekaj stamtąd w te pędy!" napisała mi kiedy dowiedziała się jaki hotel zarezerwowałam i gdzie dokładnie "Jedziesz z dziećmi, musisz wypocząć, chcesz hotel nad samą plażą w Bang Tao, Karon, Surin albo Laguna - i uwierz mi, za dobrą miejscówkę warto zapłacić więcej!"

 

Zdopingowana tak zdecydowaną krytyką zintensyfikowałam poszukiwania i ostatnim rzutem na taśmę udało mi się zarezerwować miejsce w hotelu w Bang Tao - to był, kochani moi, strzał w dziesiątkę! Hotel był przystosowany do dzieci, z podjazdami dla wózków, z pokojem zabaw, placem zabaw, hamakami, liczymi basenami (wliczając w to zadaszony brodzik dla najmlodszych), jeżdżalniami, specjalnym menu i fotelikami w restauracjach, nad samą plażą. Prawda, siłownia była uboga i na masaż trzeba było wyjść poza ośrodek, ale to naprawdę nie był koniec świata i bardzo, bardzo się cieszę że zatrzymaliśmy się tam, a nie na Patong.

 

Cóż więc takiego robiliśmy przez całe 10 dni pobytu? W pierwszym odruchu chciałam napisać że nic, ale to nieprawda! Przyznam, że pierwszych kilka dni odreagowywaliśmy intensywną końcówkę roku - wydaje mi się nawet, że zasypiałam szybciej niż chłopaki, hehe - ale potem plażowaliśmy, budowaliśmy zamki z piasku, głaskaliśmy słonie, chodziliśmy na spacery, chlapaliśmy się w morzu i basenie, skakaliśmy na falach, Tomek uczestniczył w kursie gotowania w knajpce o nazwie Pum oraz jeździł na skuterze wodnym, ja wybrałam się raz na taką deskę na której się wiosłuje stojąc (nie wiem kurczę jak to się po polsku nazywa) oraz zleciłam zaplecenie warkoczyków z koralikami, zrobiłam sobie odlotowe paznokcie (Tygrys wybierał kolor, w związku z czym były pomarańczowe), byliśmy z Tomkiem dwa razy na randce (w tym czasie dzieci spały w pokoju pod czujnym okiem opiekunki), kilka razy na masażu (tajskim, a jakże!), wzięliśmy całorodzinnie udział w imprezie bożonarodzeniowej i sylwestrowej, zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową na plaży oraz wybraliśmy się - również całorodzinnie - na snorkeling (nawet Tygrys spróbował! chociaż jemu bardziej podobała się łódka, karmienie ryb i podżeranie im ciasteczek :) )

 

Spędziliśmy w ten sposób miłe i przyjemne 10 dni, chociaż przyznam że syneczki kochane nieźle nas wymęczyły i z zazdrością patrzyliśmy na szwedzkich rodziców "wczesnych nastolatków" (na oko 8-12 lat) którzy, wyciągnięci na leżakach, kontrolowali sytuację z oddala popijając drinki z palemką. Nic to, jeszcze kilka lat i my też tak będziemy robić.

 

Ze Szwedami w ogóle było śmiesznie, bo wszędzie robili założenie że my też stamtąd (ja niebieskooka blondynka, Tygrys z Antkiem dwa niebieskookie blondynki, a jeszcze w koszulce w Hatifnaty/ ze smoczkiem MAM w pyszczku!!), przynosili nam menu po szwedzku i serwując Tygrysowi frytki dziwili się że nie klopsiki w sosie żurawinowym oraz że na ich uprzejme "varsagod" chłopak odpowiada podejrzliwym "thank you" :) A Szwedów było w naszym hotelu po kokardę i czuli się jak u siebie - Tomek ma gdzieś nawet filmmik jak trzymając się za ręce tańczą dookoła "choinki" na plaży śpiewając tradycyjne szwedzkie piosenki świąteczne (bo to nie do końca są kolędy). Normalnie przez chwilkę poczułam się jak w Danii i łza mi się w oku zakręciła :)

 

Podsumowując, bawiliśmy się przednio ale nie wydaje mi się że będziemy tam wracać - tym bardziej że czeka na nas w Azji jeszcze tyle interesujących miejsc w których nie byliśmy! W czasie Chińskiego Nowego Roku (już za dwa i pół tygodnia, hura, hura, hura!) jedziemy na przykład do środkowego Wietnamu, do Hoi An, na które od jakiegoś już czasu ostrzę sobie zęby :D

 

Pozdrawiam zajęta planowaniem kolejnych wycieczek,

Weronika

 

PS. Z dumą donoszę że tym razem - dzięki nabyciu drogą kupna koszulek z filtrem UV (takich samych jakie mają dzieci) - udało nam się nie spiec raka i wróciliśmy do Hong Kongu miło opaleni, a nie zjarani do czerwoności jak po jakimś kiepskim solarium. Na starość robimy się coraz bardziej odpowiedzialni, kurka wodna :)