Blog Weroniki i Tomka

niecodzienność

Wyprawa w góry Hong Kongu :)

 

Podczas ostatniego pobytu w Wietnamie (Hoi An w trakcie Chińskiego Nowego Roku) wybraliśmy się z dziećmi zwiedzić Hue, dawną stolicę kraju - i w drodze powrotnej wskoczyliśmy na chwilę na Marble Mountains (Marmurowe Góry). Spędziliśmy tam tylko godzinę ale wszystkim tak się to "łażenie po górach" spodobało że postanowiliśmy to miłe doświadczenie powtórzyć.

 

Nie wiem czy wiecie (pewno nie, bo nie tak się to miasto kojarzy), ale ponad 40% powierzchni Hong Kongu to lasy, rezerwaty przyrody i góry, z licznymi dobrze utrzymanymi szlakami turystycznymi o różnym stopniu trudności, i hiking (naprawdę nie wiem jak to na polski przetlumaczyć! łażenie po górach?) jest bardzo popularnym sposobem spędzania wolnego czasu.

 

Góry oczywiście nie takie jak Aply czy Tatry, ale do Bieszczad jak najbardziej można porównywać: najwyższy szczyt Bieszczad - Tarnica - ma 1346mnp a najwyższy szczyt w Hong Kongu - Tai Mo Shan - 957mnpm, przy czym trzeba zauważyć że w Hong Kongu startujemy mniej-więcej z poziomu morza, a w Bieszczadach nie bardzo, więc wysokość względna na którą trzeba się wspiąć jest jak najbardziej porównywalna.

 

Osobiście mamy grupę znajomych którzy regularnie wychodzą w góry, ale ich wyprawy są bardziej z gatunku wyczynowych (8 godzin na szlaku czy łażenie dnem rzeki i wspinanie się po wodospadach).... Nie chodzi o to, że nie dalibyśmy rady (chociaż aktualnie moja kondycja leży i kwiczy to Tomek nie miałby z taką trasą żadnych problemów) ani że nie lubimy, bo oboje lubimy odobinę "szaleństwa" (na własnych dwóch nogach zeszliśmy i weszliśmy do Kanionu Colca w jeden dzień - z Cabanaconde do Oazy i z powrotem, około 3km różnicy wysokości między krawędzią a dnem kanionu) tylko to jednak nie są wyprawy dla dzieci, po prostu.

 

Biorąc wszystko pod uwagę najchętniej wybrałabym się z dziećmi w góry typu Bieszczady, albo Pieniny, albo Gorce, albo Beskid Żywiecki* - na te mniej wymagające trasy, oczywiście. Wspomnianą już grupę wyprawy tego typu niezbyt interesują.... na szczęście uzmysłowiliśmy sobie że mamy przyjaciół którzy lubią chodzić w góry, mają w tym niezłe doświadczenie a na dodatek mają córkę w wieku Antka - bingo!

 

I właśnie z nimi poszliśmy w ostatnią niedzielę na High Junk Peak trail (zdjęcia do obejrzenia tutaj). Było fantastycznie!! Towarzystwo super, widoki zapierające dech w piersiach, obiad na samym końcu niezywkle smaczny a sama trasa całkiem ok pod względem długości (chociaż były dwa momenty w których miałam serdecznie dość - dwa długie zejścia po schodach czego w górach nie cierpię! bo od razu wysiadają mi kolana). Jedyne co to wyruszyliśmy za późno, bo o 9.30, no i jednak były takie momenty w których musieliśmy nieść i Jaśka i Antka (bo byli oboje zbyt zmęczeni chodzeniem). Nastepnym razem spróbujemy znaleźć krótszą trasę, bo to jednak nic dziwnego że czterolatek wysiada po ponad 6 kilometrach biegania po górach.

 

Niestety, na samej koncówce (serio, do ulicy na końcu trasy były może ze 4 metry, plus było zupełnie, zupełnie plasko!) źle stąpnęłam i wykręciłam sobie prawą kostkę. Nie jest to nic poważnego, kości całe, torebka stawowa cała, ale jednak nie bardzo mogę chodzić (chyba że kuśtykanie jak Herr Flick z Allo Allo liczy się jako "chodzenie"). No i co gorsza to nie jest mój pierwszy raz, bo prawą kostkę wywichnęłam sobie już kilka razy (w podstawówce w Bieszczadach, w bodajże trzeciej klasie liceum na prostym chodniku, ze dwa razy na studiach, w 2007 podczas imprezy pożegnalnej przed wyjazdem do Danii, tego samego roku podczas rowerowej wycieczki dookoła Bornholmu i jeszcze z raz od tamtego czasu) i jest paskuda jedna bardziej podatna na tego typu urazy :(co oznacza że przez nastepne kilka tygodni będę musiała bardzo uważać żeby wyczynu nie powtórzyć.

 

Siedzę więc grzecznie na kanapie w domu z nogą do góry i jak najmniej chodzę - lekarz który mnie od razu w niedzielę zbadał pocmokał chwilę nad rentgenem i dał mi 7 dni zwolnienia oraz skierowanie na fizjoterapię. Co nie znaczy że wypoczywam pełną parą, bo moja firma - co jest mocno denerwujące - ma ogólnie do zwolnień lekarskich stosunek seksualny, że tak powiem**, i pracowałam cały poniedziałek, pół wtorku i sporo środy. Irytuje mnie to niepomiernie i coraz bardziej mam ochotę wygarnąć wszystkim szefom co o nich myślę, po czym trzasnąć im drzwiami prosto w nos.

 

Co nie zmienia faktu że wyprawa był przednia i na 100% powtórzymy to doświadczenie, tym bardziej że Jaśkowi też się bardzo podobało. Antkowi również, chociaż jemu najbardziej podobały się kamyki które wydłubywał ze szlaku a następnie gryzł, paskuda jedna!

 

Pozdrawiam z kanapy z nogą w górze,

Weronika

 

* W swoim czasie (tj. w podstawówce) wiele wakacji spędziłam na obozach wędrownych, zaliczywszy w ten sposób sporo z tych niższych polskich gór - najpiękniej było w Bieszczadach (mało oryginalna będę ale Połonina Wetlińska wczesnym rankiem albo późnym popołudniem - no cud, miód i orzeszki!) oraz na Pogórzu Przemyskim (okolice Huwnik i Birczy - piękne). I jak tylko wrócimy do Polski to pojedziemy tam na wakacje z dziećmi i będziemy łazić po górach do upadłego!

** Dla ludzi nieobeznanych z tym skrótem myślowym - to znaczy że "pierdoli" takie drobiazgi jak zwolnienia lekarskie. Wrrrr.