Blog Weroniki i Tomka

niecodzienność

Z przytupem!

 

Wielokrotnie słyszałam i czytałam o tym jak to dzieci swoimi niespodziewanymi chorobami rujnują plany rodziców: wyjście do restauracji, kina czy na koncert. Pod tym względem nasze dzieci to aniołki - przez całe swoje życie Jasiek zrobił nam taki numer trzy razy, a Antek - ani razu.

 

Za to kiedy już włącza opcję "katastrofa", to już z przytupem - zaczął relatywnie delikatnie, gorączką  w dniu w którym mieliśmy świętować rocznicę ślubu trzy lata temu.

 

Nie było aż tak źle, w sumie można powiedzieć że poświętowaliśmy już w piątek, i w sobotę po prostu wróciliśmy wcześniej do domu po spanikowanym telefonie od naszej niani "Jasiek ma wysoką gorączkę, co mam robić?!". Byliśmy dwie godziny drogi od domu, więc kazałam zaczekać na nasz przyjazd, mierzyć temperaturę co pół godziny i w razie pogorszenia gnać do szpitala który mamy 15 minut od domu.... Im my byliśmy bliżej mieszkania tym temperatura była niższa, zaś po przyjeździe czekało na nas zadowolone i uśmiechnięte dziecko a termometr pokazywał 37 stopni (co u dziecka nie jest żadną gorączką, mówiąc szczerze). Do tej pory nie wiemy co wywołało początkowe 38,5 stopnia - normalnie obstawiałabym zęby, ale ponieważ nigdy później ani wcześniej chłopak nie gorączkował przy ząbkowaniu, rzucam tą diagnazą z pewną taką nieśmiałością

 

Drugi raz to było prawie rok temu, kiedy ze względu na powypadkowy gips Jaśka nie polecieliśmy do Seulu - niby nie było lekarskich przeciwwskazań, ale stwierdziliśmy że nie będziemy chłopaka męczyć i ciągać po obcym mieście i że to dla niego nie będzie żadna radocha, więc zostaliśmy w Hong Kongu. Na marginesie, do dziś nie odzyskaliśmy wszystkich pieniędzy za bilety - linia lotnicza oddała nam podatki, a ubezpieczenie miga się od wypłacenia nam reszty kwoty. Będę się musiała za to porządnie wziąć, bo nie lubię jak ktoś mnie robi w trąbę, nawet jeśli kwoty nie są gigantyczne (a nie są, bo mieliśmy bilety w promocyjnej cenie).

 

Trzeci raz będzie dokładnie jutro - zaplanowałam w najdrobniejszych szczegółach pierwszomajową wycieczkę krajoznawczą do Chin, konkretnie do Hangzhou, żeby Jasiek mógł sobie pohasać przed planowaną na 8 maja operacją nóg (w związku z ubiegłorocznym wypadkiem - wyciągają mu z nóg tytanowe szpilki które trzymały kości prosto bo już ich chłopak nie potrzebuje, wszystko się ładnie zrosło). Niestety, kochany syneczek przyciągnął skądś dwa tygodnie temu zapalenie uszu, i w ubiegły piątek, po tygodniu antybiotyku, laryngolog powiedział kategoryczne "nie" wszelkim lotom (oraz nurkowaniu, ale tak jakby nie to mieliśmy w planach) w ciągu kolejnych 7 dni... w związku z czym z bólem serca nie stawimy się jutro o 17.35 na lot Hong Kong - Hangzhou.

 

Ja oczywiście wiem, że on nie robi tego specjalnie i absolutnie go za to nie winię - tylko stwierdzam z cichą rezygnacją że chyba od dzisiaj zacznę kupować bilety lotnicze z mozliwością zmiany daly wylotu i przylotu, tak na wszelki wypadek.

 

Mówi się trudno i żyje się dalej, zznajdę nam jakieś atrakcje w Hong Kongu. Tak szczerze to mam już nawet sporo pomysłów, i tylko czasu brak żeby usiąść i wszystko ze szczegółami ogarnąć. Ale od czegóż jutrejsze pół dnia urlopu - jak tylko wrócę z Jaśkiem z wizyty kontrolnej u laryngologa usiądę przed kalendarzem i wszystko porządnie zaplanuję. I taki mam plan na jutro!

 

Pozdrawiam,

Weronika