Blog Weroniki i Tomka

niecodzienność

Ostani wpis o operacji Tygrysa, obiecuję!

 

Tak spojrzałam na poprzedni wpis o operacji Jaśka i doszłam do wniosku, że bardzo się cenzurowałam – w związku z czym odkrywam kulisy publicznej służby zdrowia w Hong Kongu (czyli w skrócie – jak nie nawrzeszczysz, to nie masz). 

 

Operację Młodego na piątek, 8 maja, wyznaczył nam w grudniu czy styczniu chirurg, pod opieką którego Jasiek pozostawał od pierwszej operacji we wrześniu ubiegłego roku. Najpierw chciał ją zrobić pod koniec marca, ale ponieważ wyjeżdżaliśmy do Polski, zgodził się na inny termin – i pierwszy wolny który znalazł to był początek maja 2015, przy czym już wtedy powiedział że na później nie przekładamy bo mogą być komplikacje.

 

W związku z powyższym nastawiliśmy siebie i Jaśka na operację w maju, poprosiliśmy o przyjazd i pomoc moich rodziców (bo urlopu wystarczająco niestety niet, ani u mnie ani u Tomka), kupiliśmy im bilety... a tutaj we wtorek przez zaplanowaną operacją telefon ze szpitala że chcą przełożyć! I tłumaczenie „bo mają tyle nagłych wypadków, które mają pierwszeństwo, że już nie dadzą rady Jaśka operacji wcisnąć w grafik na piątek”.  Normalnie krew się we mnie zagotowała, ponieważ:

a)      Przecież mieliśmy nie przekładać, bo komplikacje!!

b)      Pierwszą operację – tą we wrześniu - przełożyli o trzy dni bo „mamy tyle planowych operacji, które mają pierwszeństwo, że Jaśka nagły wypadek musi trochę poczekać”!!

c)       Poza tym skąd, u kurwy nędzy, wiedzą we wtorek że w piątek będą mieli nagłe wypadki? Wróżkę zatrudniają w tym szpitalu czy jak?

d)      Ściągamy moich rodziców teraz, nie mogą zostać tutaj w nieskończoność,  więc jak przełożą operację to będziemy mieli problem!

Mówiąc oględnie, wyłożyłam dzwoniącemu panu wszystkie argumenty jak wyżej (a mówiąc wprost, zrobiłam mu gigantyczną awanturę).... pan oddzwonił 10 minut później – i, cud nad cudy, miejsce na operację Jaśka w piątek się w grafiku znalazło!

 

Pomimo potwierdzenia dzwoniącego pana żyłam kilka następnych dni w stresie, bo w czwartek mieliśmy „kwalifikację do operacji” – czyli konsultacje z chirurgiem, anestezjologiem i lekarzem ogólnym którzy mieli stwierdzić czy można bezpiecznie chłopaka operować – i podejrzewałam że przyczepią się do czegoś żeby tylko przełożyć... a dałoby się, bo niecałe 3 tygodnie wcześniej Jasiek miał zapalenie uszu, brał przez 10 dni antybiotyk i nasz laryngolog trochę kręcił głową że ta operacja (a głównie znieczulenie ogólne) tak szybko po wyleczeniu. 

 

Zgodnie z zaleceniami zameldowaliśmy się na oddziale przed 8.30 rano, Tygrys został oficjalnie przyjęty do szpitala i dostał swoje łóżko – na korytarzu! Na całe szczęście czwartek był lajtowy, Tygrys latał w cywilnych ciuchach po szpitalu bardzo z siebie zadowolony a chirurg, anestezjolog i lekarz ogólny którzy od czasu do czasu wpadali go badać/ dyskutować ze mną/ dać do podpisania zgodę na operację i znieczulenie, żadnych przeciwwskazań nie widzieli (trochę mnie kusiło żeby nic nie mówić ale mimo wszystko uczciwie przyznałam się i do tygrysiego zapalenia ucha i do przyjmowanych antybiotyków). Na nasze szczęście o 13.00 było już po wszystkim i – żebyśmy nie musieli siedzieć w szpitalu - wypisali nam „home leave”, każąc wrócić do szpitala następnego dnia przed 8.00 rano.

 

W piątek Jasiek dostał już łóżko na oddziale, od 7.30 żadnego jedzenia ani picia i o 13.30 zabrali go na operację, z której wyjechał ok. 16.00, biedny i zapłakany bo mimo leków jednak go bolało. Niestety tym razem leki przeciwbólowe, podane po operacji na jego prośbę, wyszły mu bokiem i ponieważ nie mógł niczego zjeść ani wypić, został na noc podłączony pod kroplówkę - zresztą na moją, ekhem, delikantą prośbę (czytaj: znów na nich nawrzeszczałam, bo uprzejme prośby były zbywane standardowym „później”, „zaraz”, „nie teraz”).

 

Kolejną – i na szczęście ostatnią - awanturę zrobiłam z okazji spędzenia w szpitalu pierwszej nocy; po kolei wykłócałam się z personelem i rodzinami innymi pacjentów o możliwość zasunięcia zasłon dookoła łóżka Jaśka; o przyciszenie telewizora oraz tabletów/ telefonów (o 22.00!); o zgaszenie światła (o 23.00!); o to, żebym mogła spać z nim w łóżku (nie, żebym sama się pchała, bo wygodne to nie było zupełnie, ale Tygrys się domagał bo chciał się przytulać). I to wszystko na oddziale dziecięcym! Zgroza! Na szczęście już w niedzielę wyszliśmy do domu, ufff....

 

Z powodu opatrunków – no i bolących szwów – przytrzymaliśmy Jaśka w domu przez tydzień, gdzie towarzystwa dotrzymywali mu moi rodzice (jeszcze raz bardzo dziękujemy za pomoc!), ale po tygodniu widać było że chłopak się w domu nudzi, więc w kolejnym tygodniu wysłaliśmy go do przedszkola z prośbą do opiekunów żeby zwracali na niego szczególną uwagę i nie pozwalali biegać a przy wchodzeniu po schodach pomagali chłopakowi dziadkowie, którzy odprowadzali go do szkoły (czytaj: jeździli z nim szkolnym busem :) ).

 

 

Na wizycie kontrolnej półtora tygodnia temu lekarz powedział Tomkowi że wszystko poszło dobrze, ładnie się zrosło, ogólnie jest super, zdjął Młodemu szwy i pozwolił kilka dni później zdjąć opatrunki, tak więc dziś po Tygrysie zupełnie nie widać że niecały miesiąc temu miał operację – jeśli nie liczyć małych blizn na obu nogach, ale z tym też walczymy za pomocą specjalnej maści. Następna kontrola u chirurga w połowie sierpnia – miejmy nadzieję że lekarz zezwoli wtedy na sporty kontaktowe (czyli ukochaną piłkę nożną Jaśka) i już wtedy wszystko będzie na 100% ok.

 

I za to trzymajmy wszyscy kciuki! Oraz za to, żebym więcej nie musiała na nich wrzeszczeć (chociaż jeśli trzeba, to będę!)

Weronika