Blog Weroniki i Tomka

podróże małe i duże

Raport z wypadu na Islandię


Z Islandii wróciliśmy wypoczęci, wyspani, w dobrym zdrowiu i zachwyceni widokami, wyjątkowo niczego nie gubiąc, za to przywożąc ze sobą mnóstwo zdjęć i wrażeń oraz najdziwniejsze islandzkie smakołyki: suszone kawałki ryb, marynowaną suszoną wołowinę, dojrzewający ser czosnkowy, anyżkowe cukierki, trzy miniaturki islandzkich wódek oraz, oczywiście, wędzonego łososia.

Cukierki pożarł wczoraj Henning, mój szef (Duńczycy, podobnie jak Moja Mama, uwielbiają anyżek, którego ja nie mogę ścierpieć), Tomek próbował już suszonych ryb (i jeszcze żyje), ja nie mam odwagi zabrać się za ten ser (chociaż powinnam, bo kupiliśmy go specjalnie dla mnie). Suszona wołowina leży w lodówce i czeka na powrót Tomka - ja się tego nawet nie będę dotykać :)

Wypad udał się nam przecudownie, a jedynym niezrealizowanym punktem wycieczki pozostały zorze polarne - niestety, pogoda nie była zbyt sprzyjająca. Ale Tomek już obiecał, że zorze obejrzymy sobie następnym razem, niekoniecznie na Islandii, bo strasznie daleko, ale gdzieś indziej (północną Norwegią, Rosją albo Finalndią też nie pogardzę :) Pogoda ogólnie udała się nam nam najmniej, bo często padało, jedyne szczęście, że lało podczas jazdy samochodem, a nie zwiedzania.

Islandię polecamy wszystkim, którzy przedkładaja piękne "okoliczności przyrody" nad urbanistyczno-futurystyczną architekturę i muzea (dostępne głównie w Rejkiawku). Islandia zachwyca księżycowymi krajobrazami, wygasłymi i czynnymi wulkanami, gejzerami, gorącymi źródłami, wzburzonym morzem, niekończącymi się polami lawy porośniętymi mchem, górami pokrytymi lodowcami, rwącymi rzekami, wodospadami i zamarzniętymi potokami pokrytymi fantastycznymi lodowymi kształtami. Są jeszcze kuce islandzkie, maskonury, mewy, foki, wieloryby... Jeżeli ktoś jest zainteresowany dokładnym planem zwiedzania, chętnie podzielę się wszystkim, czego się sama dowiedziałam organizując tą wycieczkę - piszcie!

Zdjęć mamy mnóstwo, pojawią się tutaj jak Tomek je obrobi. Wiem, że zazwyczaj zajmuje mu to sporo czasu, ale tym razem zdjęcia są naprawdę nieziemskie i już obiecał, że nad nimi usiądzie w ten weekend. Na pewno dam znać jak wszystko będzie gotowe.

Pobyt upłynął nam miło i przyjemnie, spotkaliśmy nawet Polaków: w obsłudze hotelu Radisson SAS Saga (serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy za czekoladki!) oraz Pana Kelnera w restauracji Carusso (pozdrowienia dla Łodzianina!). Przy okazji polecamy islandzkie knajpki - mają pyszne ryby (fantastyczny wędzony łosoś, rozpływający się w ustach halibut, delikatny monkfish) i jagnięcinę oraz nie żałują alkoholu. O tym, jak bardzo nie spełniam islandzkich kryteriów względem picia alkoholu dowiedziałam się podczas sobotniej kolacji w eleganckiej restauracji Einar Ben. Skuszeni nazwą zamówiliśmy pięciodaniowy zestaw z odpowidnio dobranym winem do każdej potrawy (skusił nas opis: chief's pride and sommelier's ambition :). Pan Kelner lał wina po brzegi kieliszków, nie żadne tam eleganckie trzy krople na dno, a że wino było naprawdę dobre i dobrze dobrane, to i wracałam do hotelu wężykiem, mając niejakie problemy z koordynacją (Tomek oczywiście nie był aż taki wstawiony i dokuczał mi tym cały następny dzień :) Jedzenie - o ile pamiętam - też było pyszne :) Tomek potwierdza!

Ciekawostka: o tej porze roku śniadanie je się przy świecach (lub jak u nas w hotelu: przy kominku :) ponieważ słońce wschodzi dopiero o 9.45 . Jak dla mnie, niesamowite przeżycie!

Koniec końców wypożyczyliśmy na te kilka dni SUV z napędem na cztery koła (konkretnie Nissan X-Trail) zamiast planowanego poczciwego osobowego Opelka, za co dziękujemy Opatrzności i Pani z wypożyczalni Avis na lotnisku Keflavik. Samochód sprawdził się w 100%: bezproblemowo podjeżdżał pod górę na żywym lodzie, grzecznie wyhamował i nie wpadł do rowu kiedy wpadliśmy w poślizg pierwszego dnia, posłusznie ominął olbrzymią zaspę śniegu w której utknął samochód przed nami i przejechał dookoła zaspy po stromym zboczu z lawy, po szutrowej drodze zasuwał jak po asfaltówce, nie palił jak smok a w mieście wyprzedzał inne pojazdy z przyspieszeniem godnym osobówki. Tomek zwariował na punkcie gadżetów: opon z kolcami, Cruise Control (utrzymuje stałą prędkość), napędu na cztery koła, ekstra mocnych świateł przeciwmgielnych i inteligentnych wycieraczek (dostosowywały prędkość "wycierania" do intensywności deszczu), ja zakochałam się w podgrzewanych siedzeniach i niezliczonej ilości schowków, skrytek i trzymaków na kubki. Kiedyś sobie taki kupimy!!

Na koniec historyjka z samochodem i Tomkiem w rolach głównych (z morałem !):
Jeszcze w Kopenhadze zdecydowaliśmy, że wypożyczymy "normalny" samochód, no bo przecież będziemy się trzymać ogólnodostępnych islandzkich dróg, a pewna strona, której adres przemilczę, podawała, że wszystkie drogi na Islandii mają aktualnie czarną nawierzchnię i są przejezdne dla "normalnych" samochodów (hahaha! dobry dowcip!). W punkcie Avis, tuż po naszym przylocie, okazało się jednak, że wszystkie samochody mają automatyczną skrzynię biegów. Tomek zrobił bardzo zdegustowaną minę (nie cierpi automatów, a ja specjalnie zaznaczyłam, że ma być ręczna skrzynia biegów), Pani się zakłopotała i powiedziała, że niestety ale nic nie może z tym zrobić, bo wszystkie ich samochody tak mają, na co Tomek uprzejmnie, ale wciąż ze zdegustowaną miną, że wobec tego on chciałby - w ramach rekompensaty - dostać samochód wyższej klasy za tą samą cenę. A Pani na to, że nie ma problemu! I wręczyłam nam kluczyki do Nissana X-Trail zamiast Opla Astry!!

Morał z tej historii: zawsze należy negocjować, bo nic nie można stracić, a sporo zyskać :)

Pozdrawiamy zachwyceni Islandią,
Weronika i Tomek

P.S. To prawda, dzięki kryzysowi Islandia jest TAŃSZA niż zazwyczaj, co niestety wcale nie znaczy, że jest TANIA...
P.S.S. Islandia to kraj samochodó terenowych i SUV - osobówki spotyka się jedynie w Rejkiawiku, poza nim nie uświadczysz prawie niczego co nie ma napędu na 4 koła.